Deszcz chłostał jego grzbiet, spływał strumieniami po brudnej posadzce, przemoczył go do kości.
Szedłeś sam, zapomniany przez wszystkich,Pod ciężarem sierści i łańcuchów.W oczach — zdrada i czas,I
Żebra wystawały ostro, jakby kości chciały wyrwać się na zewnątrz. Sierść była skołtuniona i pociemniała
Leży kłębuszek, brak mu sił wstać,Oczy zgasły — nie chcą już lśnić znów.Szkielet pod skórą, serce ledwie
Nie wydawał żadnego dźwięku. Ani skomlenia, ani szczeknięcia, ani nawet westchnienia. Tylko siedział