Cisza w oczach, gdzie kiedyś było światło…

Już nie biegam, nie skaczę do góry,
Tylko szept w duszy i ciężka myśl.
Wierzyłem w ludzi, szukałem w nich ciepła,
Lecz rana w sercu boli mimo wszystko.

Leżę na zimnej podłodze, wtulony pyskiem w poduszkę, i słucham, jak cicho tyka zegar na ścianie. Kiedyś cieszyłem się z każdego dźwięku, z każdego kroku, bo to oznaczało — ktoś mnie zawoła, uśmiechnie się do mnie, pogłaszcze. Teraz jednak kroki są tylko przypomnieniem, że ktoś jest obok, ale nie zawsze dla mnie.

— „Trzymaj się, maluszku…” — słyszę głos kobiety, pochylającej się nade mną.
Jej ręce ostrożnie poprawiają opatrunek na mojej głowie. Nie wiem, dlaczego wszystko stało się właśnie tak: głośny krzyk, uderzenie, ból… a potem ciemność. Teraz budzę się każdego dnia z tym tępym, dokuczliwym uczuciem, i tylko oczy zdradzają moje zmęczenie.

Mówię bez słów: „Dlaczego?”
Moje nieme pytanie rozpływa się w powietrzu.

Kiedyś byłem tym szczeniakiem, który biegł naprzeciw słońcu, chwytał w zęby kij i radośnie patrzył w oczy swojego pana, czekając na pochwałę. Mówiono mi: „Jesteś moim przyjacielem. Na zawsze ze mną”. Wierzyłem. Czy psy potrafią nie wierzyć? Czy mamy zdolność wątpić w tych, których kochamy?

Teraz leżę i myślę: może to moja wina? Może szczekałem zbyt głośno, zbyt radośnie się cieszyłem, zbyt natarczywie prosiłem o miłość? Może ludziom po prostu było ciężko słyszeć mój głos?..

— „Wyzdrowiejesz, musisz żyć” — kobieta znów szepcze, jakby przekonywała nie mnie, a samą siebie. Czuję, jak jej palce drżą.
Chciałbym jej odpowiedzieć. Chciałbym powiedzieć: „Naprawdę się staram. Ale tak boli, że siły uciekają z każdym oddechem”.

Zamykam oczy i wspominam. Ciepły letni wieczór, zapach trawy, miękka ręka głaszcząca sierść. Byłem potrzebny, byłem kochany. A potem wszystko zniknęło. I teraz — tylko ten pokój, te bandaże i tęsknota, która gryzie mnie mocniej niż sama rana.

Czas płynie powoli. Każdy dzień podobny jest do poprzedniego. Tylko ból i oczekiwanie. Czasem słyszę dziecięcy śmiech za oknem i coś we mnie pęka. Przecież ja też kiedyś bawiłem się z dziećmi. Przewracałem się na plecy i pozwalałem się przytulać. Byłem częścią czyjejś rodziny.

„Wciąż jestem tym samym… dlaczego teraz jestem sam?” — pytam pustkę.

Kobieta siada obok i delikatnie mnie głaszcze. W jej oczach są łzy. Czuję ich ciepło, gdy krople spadają na moją sierść.
— „Wybacz nam… ludzie zbyt często zdradzają tych, którzy kochają bezwarunkowo…”

Chciałbym jej powiedzieć, że nie mam żalu. Że nawet zdrada nie zdołała zabić we mnie pragnienia wiary. Ale mój język jest niemy i zostają tylko oczy.

Świat wydaje się tak okrutny, lecz w tym małym pokoju jest kropla światła. Człowiek, który wciąż wierzy, że sobie poradzę. Może dla niej powinienem spróbować wstać. Dla niej — i dla tego szczeniaka, którym kiedyś byłem, biegnącego naprzeciw szczęściu.

I jeśli kiedyś znów usłyszę: „Jesteś moim przyjacielem. Na zawsze ze mną”, obiecuję — uwierzę. Nawet po raz ostatni.

Оцените статью