Zauważyłam go nie od razu: na szarym asfalcie przy czerwonym pasie krawężnika stało coś zbyt chude, by
Pustkowie za strefą przemysłową zawsze wydawało mi się miejscem, w którym miasto zapomina oddychać.
Poranek za supermarketem pachniał jak zwykle: świeżym chlebem ładowanym do furgonu, rozlanym kefirem
Rzeka tego dnia pachniała glonami, starym drewnem i ciszą po nocnym deszczu. Wypłynęliśmy wcześnie rano
W mokrym kartonie, porzuconym przez los,siedział szczeniak — maleńki, niepotrzebny nikomu.Oczy w oczy