Wokół mnie osiem maleńkich ciał, ślepych, bezbronnych, chciwie wyciągających się…

Leżę na zimnym kamieniu, tuląc maluchy,
Świat obojętny mija nas, nie słysząc krzyków cudzych serc.
Oddaję ostatnie siły, dzielę oddech na wszystkich,
Byleby moje szczenięta mogły ujrzeć świt.

Nie ma miski, nie ma domu, tylko szary asfalt,
A każdy mój krok był w głodzie, w strachu, w smutku.
Ale serce matki płonie, póki jest oddech,
Będę walczyć o nich, nawet jeśli nie mam co jeść.


Nie wybierałam życia na ulicy. Ono wybrało mnie, a ja musiałam się z tym pogodzić. Przywykłam do śmietników, do przechodniów, którzy odwracają wzrok, do bólu głodu i nocy pełnych strachu. Ale gdy we mnie narodziło się nowe życie, wszystko się zmieniło. Stałam się matką i już nie byłam sama. Wokół mnie osiem maleńkich ciał, ślepych, bezbronnych, chciwie wyciągających się do mnie. Ich pisk przeszywał serce, ich oddech dawał mi siłę. Wiedziałam, że muszę przetrwać, bez względu na to, jak wielki był mój własny ból.

Wybrałam kącik przy starych bramach, tam, gdzie wiatr wiał najmniej. Na ziemi położyłam karton znaleziony na śmietniku i to stało się naszym domem. Szczenięta tuliły się do mnie, a ja obejmowałam je, starając się ogrzać. Ale jedzenia brakowało. Mleko znikało razem z moimi siłami. Widziałam, jak ciągną się do piersi, a ja nie mogłam im nic dać. I wtedy cicho płakałam, żeby nie słyszały, by ich sen pozostał spokojny.

„Musisz się trzymać — powtarzałam sobie każdej nocy. — Nie masz prawa odejść. Jeśli odejdziesz, odejdą i one. Twoje serce musi bić dla ich serc”.

Ludzie przechodzili obok. Ktoś zatrzymywał się na sekundę, patrzył na nas i szedł dalej. Ktoś rzucał kawałek chleba, a ten kawałek stawał się świętem. Dzieliłam go na osiem części, przeżuwałam, robiłam papkę i karmiłam maluchy. Dla siebie nie zostawiałam nic. Moje ciało chudło, stawało się przezroczyste, ale żyłam dla nich.

Czasami wspominałam młodość. Byłam szczenięciem, miałam ludzi, cieszyłam się życiem. Miałam dom. Ale pewnego dnia drzwi się zamknęły i zostałam na zewnątrz. Nie rozumiałam dlaczego. Czekałam, myślałam, że wrócą. Ale oni nie wrócili. Od tamtej pory błąkałam się, uczyłam się przeżyć. Ale gdy stałam się matką, po raz pierwszy znów poczułam, że jestem ważna. Może nie dla ludzi, ale dla nich — moich maluchów.

Zasypiałam z myślą: „Niech ja umrę, ale one muszą żyć”.


Przechodnie czasem rzucali słowa:
— Patrz, pies z szczeniętami.
— Biedactwa. Ale ich nie da się uratować.
— Nie podchodź, brudne są.

Każde słowo cięło mocniej niż chłód. Ale zamykałam uszy serca. Miałam tylko jeden cel — dożyć do jutra, by oblizać ich pyszczki i ogrzać swoim ciałem.

Pewnego razu moje łapy całkiem odmówiły posłuszeństwa. Upadłam na karton i już nie mogłam się podnieść. Szczenięta piszczały, pełzały po mnie, szukając mleka. Zamknęłam oczy i pomyślałam: „Wybaczcie mi. Starałam się. Ale nie mogę już dłużej”.

I w tej chwili obok rozległy się kroki. Nie były takie jak inne — nie szybkie, nie obojętne. Te kroki zatrzymały się tuż obok. Otworzyłam oczy i zobaczyłam człowieka. Kucnął, spojrzał na mnie i długo milczał. Jego oczy były pełne bólu. On mnie widział.

— Boże — powiedział cicho. — Ona jeszcze żyje. I maluchy… tyle maluchów.

Podeszła do niego kobieta, westchnęła, zakrywając usta dłonią.
— Musimy coś zrobić.
— Tak — skinął głową. — Nie możemy ich tu zostawić.

Pochylili się nade mną. Zaskowyczałam, myśląc, że zabiorą szczenięta, zostawiając mnie. Moje serce gotowe było pęknąć. Ale mężczyzna wyciągnął rękę, delikatnie pogłaskał moją głowę i powiedział:
— Cicho, mamo. Zabierzemy wszystkich. I ciebie, i maluchy. Obiecuję.

Tych słów nie rozumiałam, ale czułam ich sens. I po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie zaufać. Zamknęłam oczy, a ciężar na sercu trochę zelżał.


Zabrano nas do schroniska. Tam było ciepło. Tam było jedzenie, woda, miękkie koce. Moje maluchy położono obok mnie i po raz pierwszy od dawna zobaczyłam, jak ich brzuszki napełniają się mlekiem, jak zasypiają syte i zadowolone. Płakałam, ale to były łzy radości.

— Ona jest niesamowita — powiedział weterynarz, badając mnie. — Z takim wycieńczeniem, z taką słabością… a jednak trzymała się dla nich. Tylko dla nich.
— To matka — odpowiedziała kobieta. — A serce matki zdolne jest do cudów.

Z każdym dniem stawałam się słabsza, ale moje dzieci — silniejsze. Wiedziałam: spełniłam swoje zadanie. Dałam im życie. I nawet jeśli moje serce zatrzyma się jutro, będę spokojna — bo one będą żyć.

Ale cud zdarzył się także dla mnie. Opieka, jedzenie, woda, ciepło — to wszystko powoli przywracało mnie do życia. Moje ciało powoli się odbudowywało. Mogłam znów wstawać, chodzić, wylizywać swoje szczenięta, ogrzewać je. Poczułam, że mogę zostać dłużej.

I wtedy zrozumiałam: wygraliśmy. Razem przeszliśmy przez chłód, głód i rozpacz. I teraz mamy szansę.

Patrzę na moje maluchy, a moje serce wypełnia się światłem. Wiem, że będą miały życie. Może znajdą swoje domy, swoje rodziny. Może pewnego dnia będą biegać po trawie, radośnie merdając ogonami. I wtedy przypomną sobie mnie, swoją matkę, która walczyła o nie na zimnym asfalcie.

A ja będę szczęśliwa. Bo to wszystko nie było na darmo.

Оцените статью
Wokół mnie osiem maleńkich ciał, ślepych, bezbronnych, chciwie wyciągających się…
Porzucona chartka z połamanym łapą prowadzi weterynarzy dwa mile do swoich szczeniąt