Gdybym przeszedł obojętnie…

Widziałem kurz, słyszałem wiatr,
a szelest liści brzmiał jak cichy jęk.
Świat w swoim szarym świetle szeptał: „Zostaw, to już złamane”,
lecz w moim sercu odezwało się ciche, ale uparte: „Nie spiesz się – to Ona”.
Tam, gdzie rzęsy stają się ciężkie,
gdzie głos wysycha do pęknięcia,
jeden niewierzący zaczyna wierzyć,
drugi – idzie, choć jest mu trudno.
I nawet jeśli droga dźwięczy lodem,
a dzień jest pusty i zimny,
ktoś powie: „To jeszcze może być miłość”.
A ja – nie bohater,
tylko ktoś, kto słucha pytania:
komu dziś najbardziej potrzeba dłoni,
a komu – samego „słucham”.


Był późne popołudnie, kiedy idąc wzdłuż polnej drogi zobaczyłem go leżącego niemal w samej koleinie, tak blisko przejeżdżających samochodów, że wystarczyłby jeden nieuważny kierowca, aby jego ostatni oddech zniknął w tumanie kurzu. Pies wyglądał jak cień dawnego siebie – wychudzony do granic, z sierścią startą miejscami do skóry, tylne łapy bezwładnie spoczywały na ziemi, a obok ogona widniała świeża, bolesna rana, która mówiła o niedawnym cierpieniu. Nie próbował uciekać, nie odwracał wzroku, patrzył jedynie na moje dłonie w sposób, który sprawiał, że czułem, iż w nich widzi całą odpowiedź na swoje istnienie.

Podeszedłem powoli, czując w powietrzu ciężki zapach kurzu, krwi, potu i tego trudnego do opisania aromatu, który zawsze niesie ze sobą strach i rezygnacja. Kiedy kucnąłem, szepnąłem cicho: „Widzę cię”. Wziąłem go na ręce i poczułem, jak jest lekki, ale nie w zdrowy, radosny sposób, tylko w taki, w którym waga oznacza pustkę i powolne gaśnięcie życia. Wsiadłem z nim do taksówki, a kierowca, widząc go, tylko skinął głową i ruszył bez słowa, jakby rozumiał, że w tej chwili każda sekunda jest ważna.

W klinice, gdzie powietrze pachniało lekami i wilgotnymi ręcznikami, przyjęła nas lekarka – kobieta o dłoniach zmęczonych pracą i spojrzeniu, które widziało już zbyt wiele cierpienia. Po szybkim badaniu powiedziała spokojnym, lecz poważnym głosem: „Silne wychudzenie, odwodnienie, uraz miednicy… rokowania ostrożne”. Kiedy zapytała, jak go nazwiemy, bez wahania odpowiedziałem: „Szansa”.

Pierwsze dni były walką o każdy łyk wody i każdy oddech. Leżał na kocu, oddychając płytko, a w nocy często kładł łapę na moim nadgarstku, jakby w ten sposób upewniał się, że wciąż jestem obok. Karmiłem go małymi porcjami, poiłem łyżeczką, a on patrzył na mnie z pytaniem w oczach: „Dlaczego mi pomagasz?”. Z czasem pojawiły się pierwsze małe zwycięstwa – dłuższy, spokojny sen, nieco pewniejsze ruchy, a potem powolne kroki bez bólu.

Dni mijały, a on powoli odzyskiwał siły, ucząc się zaufania, podczas gdy ja uczyłem się cierpliwości. Powtarzałem mu codziennie: „Nie jesteś sam”. Aż pewnego ranka, kiedy drzwi na ogród były otwarte, wyszedł sam na zewnątrz – początkowo ostrożnie, z uniesioną głową, a potem, czując pod łapami trawę i wdychając zapach wolności, nagle pobiegł. To nie był długi, pewny bieg, ale w każdym jego ruchu było życie, które wracało. Zatrzymał się po chwili, obejrzał na mnie i w jego spojrzeniu było ciche, dumne „Widziałeś?”. Tak, widziałem – i wiedziałem, że czasami między życiem a śmiercią stoi tylko jedno spojrzenie, jedno „widzę cię”, jedna minuta i jeden człowiek, który nie przeszedł obojętnie.

Оцените статью