List, którego nigdy nie otrzymał

Siedział na ceglanej krawędzi murku, podciągnąwszy łapy, i patrzył daleko przed siebie. Ludzie przechodzili obok. Jedni w pośpiechu, inni zamyśleni, jedni z siatkami, inni z dziećmi. Nikt go tak naprawdę nie dostrzegał. A właściwie – widzieli tylko psa. Zwyczajnego rudego psa z podwiniętym ogonem i smutnymi oczami. Nie wiedzieli, że za tym spojrzeniem krył się cały wszechświat. Całe życie, które kiedyś miało sens. A teraz – tylko czekanie.

Kiedyś miał imię – Haru. Teraz nikt go już nie wołał. Tylko czasem dozorca odganiał go miotłą: „No, spadaj stąd!”. Odchodził, lecz zawsze wracał. Do tego miejsca. Do tej ławki. Do tego murku, na którym siedzieli razem. Każdego wieczoru. Ona kładła dłoń na jego szyi, głaskała i opowiadała, jak minął dzień, a on tylko słuchał. Nie musiał nic mówić. Wystarczyło, że patrzył w nią swoimi głębokimi oczami, a ona szeptała: „Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Haru. Jedynym, któremu mogę wszystko powierzyć”.

Pamiętał jej zapach. Najpierw pachniała bzem, potem czymś słodkim, później lekami. Nie rozumiał, dlaczego pachnie inaczej, dlaczego coraz trudniej jej wstawać, dlaczego dłużej siedzi, opierając głowę na jego grzbiecie. Ale on był obok. Zawsze obok.

Aż pewnego dnia nie przyszła.

Haru czekał. Najpierw godzinę. Potem całą noc. Rano przyszła sąsiadka. Kobieta w czarnym płaszczu. Usiadła na tej samej ławce, spojrzała na niego i powiedziała: „Ona odeszła. Już nie wróci”. A potem wyjęła z torby bułkę i podała mu. Haru nie wziął. Patrzył tylko, nie rozumiejąc, jak to – nie wróci? Przecież zawsze wracała. Nawet w deszcz. Nawet w mróz. Nawet wtedy, gdy kaszlała i brakowało jej sił.

On czekał.

Trzeciego dnia przyszli ludzie w mundurach. „Bezdomny pies, trzeba do schroniska” – powiedzieli. Uciekł. Wrócił po kilku godzinach. Ławka była pusta. Jej zapach znikał. Haru położył się obok i zastygł. Jakby wierzył, że jeśli będzie całkiem nieruchomy, ona znów się pojawi. Wyciągnie rękę. Powie: „Witaj, mój kochany. Przepraszam, że się spóźniłam”.

W schronisku wytrzymał trzy dni. Nie jadł. Nie szczekał. Nie reagował. Patrzył w ścianę. Pracownica powiedziała: „Ten pies nie przeżyje. Umiera z tęsknoty. Wypuśćcie go, jeśli się da”. I wypuścili. Dokładnie w tym samym miejscu. Nikt nie wierzył, że wróci pod ławkę. A on wrócił.

Minęły trzy miesiące.

Haru schudł. Na szyi wisiała jeszcze stara, niebieska obroża. Nie podchodził do ludzi. Nie prosił o jedzenie. Tylko siedział. Czasem przechadzał się kilka kroków – jakby sprawdzał, czy jej gdzieś nie ma.

Zimą drżał, ale nie odchodził. Wiosną deszcz moczył mu sierść, a on tkwił na miejscu. Latem dzieci chciały go pogłaskać – odsuwał się. Już nie ufał ludziom.

Pewnego dnia usiadł obok niego chłopiec. Haru podniósł głowę i spojrzał. Chłopiec był chudy, z plecakiem. Jadł kanapkę i nagle podał mu kawałek: „Masz”. Haru nie wziął. Chłopiec położył ją obok i powiedział: „Moja babcia umarła. Teraz mieszkam u ciotki. Ona mnie nie kocha. A babcia – ona też tu siedziała. Może ją znałeś?”.

I wtedy Haru po raz pierwszy od dawna polizał czyjąś dłoń.

Od tamtego dnia chłopiec przychodził niemal codziennie. Rozmawiał z nim. Dzielił się jedzeniem. Czasem milczał, kładąc głowę na jego boku i ciężko wzdychał. A Haru pozwalał. Pierwszy raz pozwalał, by ktoś znów był blisko.

Nie byli panem i psem. Byli dwojgiem, którym życie odebrało najbliższych. I którzy odnaleźli się w tej ciszy.

Minęły dwa lata.

Haru się postarzał. Sierść posiwiała. Oczy stały się jeszcze głębsze. Ale wciąż siedział tam. Nawet gdy chłopiec przestał przychodzić – wyjechał do innego miasta. Pożegnał się, przytulił Haru i powiedział: „Byłeś moim jedynym przyjacielem. Wrócę, jeśli będę mógł”. Haru zrozumiał. Ale czekał.

Czekanie było jedynym, co umiał.

Czasem śniło mu się, że ona znów obok. Głaskała go. Mówiła coś do niego. Słyszał jej głos i budził się z westchnieniem. Potem patrzył w dal. Ludzie przechodzili, jak cienie. Już nie szukał jej twarzy. Tylko czekał.

Przyszła wiosna. Ciepła. I wtedy położył się, jak zawsze, na swoim murku. I już się nie podniósł.

Rano sąsiedzi znaleźli go śpiącego. Oczy miał zamknięte. Obok leżał kawałek starej chusty. Ktoś położył. A może wiatr przyniósł. A może – to była ona.

Haru nie umarł. On tylko odszedł tam, gdzie znów pachniało bzem. Gdzie jej dłonie były ciepłe. Gdzie nie trzeba już czekać.

Mieszkańcy postawili na tym miejscu małą tabliczkę. Nie było na niej imienia. Tylko napis:
„Czekał. Do końca”.

Оцените статью
List, którego nigdy nie otrzymał
Powiedziała: wrócę. A on uwierzył…