— „Trzymaj się, maluszku… jeszcze chwilę, wytrzymaj…” — wyszeptała cicho kobieta, delikatnie ujmując w dłonie drobną łapkę.
Szczenię, wychudzone do granic możliwości, z poranioną skórą, drżało pod dotykiem. Było przestraszone — w swoim krótkim życiu doświadczyło zbyt wiele bólu, by wierzyć, że ludzkie ręce mogą być dobre.
Nie podnosił wzroku. Patrzył w podłogę, jakby bał się zobaczyć coś, co ponownie roztrzaska jego serce. Każdy dotyk wywoływał lekkie drżenie — czy to z bólu, czy z powodu wspomnień, które ciągle go ścigały.
— „Słyszysz mnie, maluszku? Teraz nikt już cię nie skrzywdzi…” — kobieta przykryła jego łapkę swoją dłonią, jakby chciała przelać w niego ciepło swojego serca.
Szczeniak nie ufał. Jak miał uwierzyć, skoro jeszcze niedawno jego ciało było pokryte ranami, a każda noc przynosiła nowy chłód i głód? Był przyzwyczajony do samotności, do ciszy, w której słyszał jedynie bicie własnego serca. Teraz, siedząc na zielonym kocu, próbował zrozumieć — po co ci ludzie tutaj są? Dlaczego tracą czas na takiego jak on?
W jego wnętrzu toczyła się walka. Z jednej strony nieufność, która narodziła się z bólu. Z drugiej — maleńka iskra nadziei, która jeszcze nie zgasła.
— „Jesteś silny… przeszedłeś przez piekło. Teraz potrzebujesz tylko odrobiny wiary” — jej głos drżał, ale było w nim coś niezłomnego.
Podniósł oczy. Spotkał jej spojrzenie. W tej chwili coś w nim pękło. Zobaczył w jej oczach nie litość, nie zimne współczucie, ale prawdziwą, gorącą miłość. Taką, która nie oczekuje nic w zamian.
Przez jego myśli przebiegło jedno zdanie: „Może to moja szansa?”
— „No chodź… podaj mi łapkę. Zaufaj choć troszeczkę” — powiedziała miękko, a w jej głosie nie było ani grama groźby.
Powoli, niepewnie, wyciągnął łapkę. Serce zabiło szybciej, ale nie ze strachu. Z czegoś innego — z poczucia, że może życie jednak potrafi być inne.
Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Zabrano go do kliniki, gdzie delikatne dłonie lekarzy codziennie opatrywały rany, karmiły ciepłym jedzeniem, podawały leki. Nie rozumiał, dlaczego ci, których wcześniej się bał, teraz przychodzą z uśmiechem i dobrym słowem.
Każdy poranek zaczynał się od tego, że ona otwierała drzwi, siadała obok i szeptała:
— „Dzień dobry, mój bohaterze. Dziś znów będziemy walczyć. Jesteś silny”.
Słuchał jej i zaczynał wierzyć, że faktycznie jest silny. Nie dlatego, że przeżył ból, ale dlatego, że miał nowy cel — żyć.
Minęły tygodnie. Jego skóra zaczęła się goić, oczy stały się jaśniejsze, a w sercu zagościła radość, której bał się nazwać. Czekał na jej wizyty, tulił się do jej dłoni, wierzył, że człowiek może być przyjacielem.
Czasem wracały wspomnienia zimnych nocy, kiedy leżał w deszczu i myślał, że rano może nie nadejść. Wtedy przyciskał się do niej mocniej, jakby bał się, że to wszystko zniknie.
— „Jesteś już w domu, maluszku. Obiecuję, że nikt ci tego nie odbierze” — mówiła z pewnością w głosie.
Nie był już porzuconym szczeniakiem z ranami na ciele. Był czyimś szczęściem, dumą i miłością.
Może kiedyś zapomni o bólu przeszłości. Ale na zawsze zapamięta tę chwilę, gdy pierwszy raz zaufał człowiekowi.







