Ślizgająca się tęsknota

Na dziecięcej zjeżdżalni — cisza,
Leży szczeniak, jak cień bez snu.
W jego oczach — cały świat pusty,
Zapomniany, nikomu obcy.

Kiedyś biegał, czekał ludzi,
Marzył o przyjaźni i cieple,
Lecz krzyk i śmiech dziecięcych dni
Zamieniły się w chłód i mrok.

Zsunął się po stali bez sił,
Jakby życie go złamało.
I zjeżdżalnia nie była już grą,
A punktem spotkania z ciszą.

„Po co ja jestem?” — szepcze on,
„Komu jestem przyjacielem? Komu snem?
Kiedyś znajdę własny dom…
A może wszystko to — tylko sen.”


Na placu zabaw zawsze było głośno: dźwięczny śmiech dzieci, skrzypienie huśtawek, szybki tupot nóg po gumowej nawierzchni. Ale wśród tego wesołego gwaru nagle pojawiła się postać, która wyłamywała się z rytmu. Na metalowej zjeżdżalni, jak na zimnym tronie, leżał biały szczeniak, wyciągnięty wzdłuż błyszczącej powierzchni. Jego spojrzenie było zmęczone, jakby przeżył nie jeden rok samotności, choć futerko wciąż lśniło młodością.

Dziecko, które przebiegało obok, zatrzymało się i szepnęło do matki:
— Mamo, patrz, piesek! On się bawi?
Kobieta rzuciła szybkie spojrzenie i odpowiedziała chłodno:
— Nie, synku. On tylko odpoczywa. Chodź dalej.

Ale ani matka, ani syn nie zauważyli, że w tym bezruchu nie było odpoczynku. Była tylko tęsknota.


Szczeniak, którego nikt nie wołał po imieniu, przyzwyczaił się, że ludzie przechodzą obok. Kiedyś biegł naprzeciw każdemu, radośnie machając ogonem, lecz zbyt często w odpowiedzi słyszał: „Odejdź!”, zbyt często czuł uderzenie kijem albo kamieniem. Od tamtej pory przestał czekać. Przestał wierzyć.

Przyszedł na plac zabaw rano, gdy jeszcze było pusto, i położył się na zjeżdżalni, bo metal zachował chłód. Leżeć tam było dziwnie przyjemnie: z góry widać było drzewa, przez które przedzierało się światło. Czasem wydawało się, że to nie tylko plac zabaw, ale cały świat, w którym mógłby znaleźć kąt dla siebie. Ale nawet tutaj, wśród dziecięcego śmiechu, pozostawał sam.

„Może jeśli zastyg­nę i stanę się częścią tego metalu, przestaną dostrzegać moją niepotrzebność” — myślał, przymykając oczy.


Do zjeżdżalni podeszła dziewczynka, miała może dziesięć lat. W dłoniach trzymała kolorową piłkę, lecz zatrzymała się, widząc szczeniaka.

— Biedaczek… — wyszeptała i ostrożnie wyciągnęła rękę.
Szczeniak drgnął, ale nie ze strachu, a z zaskoczenia. Jego serce zabiło szybciej.

— Czyj ty jesteś? — spytała dziewczynka. — Nie masz obroży…

Chciała go pogłaskać, lecz z tyłu rozległ się surowy głos:
— Lena! Nie dotykaj! To brudny kundel!

Dziewczynka opuściła wzrok, a szczeniak znów został sam.


Wieczorem plac zabaw opustoszał. Ludzie rozeszli się, a cisza opadła na zjeżdżalnię. Szczeniak podniósł głowę i spojrzał w dal. Tam, za domami, płonął zachód słońca. W jego sercu poruszyła się maleńka nadzieja: „A może jutro wszystko się zmieni? Może ktoś w końcu zatrzyma się obok, nie z ciekawości, lecz naprawdę?”

Przypomniał sobie krótki dotyk dziecięcej dłoni, która prawie musnęła jego futro. Ciepło tej dłoni wciąż żyło w jego pamięci.

„Pobiegłbym za nią, gdybym mógł… Ale dokąd biec? Jeśli odejdę, zapomną o mnie ostatecznie. Może lepiej zostać tutaj, na tej zjeżdżalni, i czekać, aż los sam do mnie zejdzie?”


Ale los zawsze przychodzi niespodziewanie.

Następnego dnia na plac zabaw przyszedł mężczyzna. Wyglądał na zmęczonego, z oczami, w których było zbyt wiele samotności. Jego kroki były powolne, jakby każdy krok ważył za dużo. Zatrzymał się przy zjeżdżalni i długo patrzył na szczeniaka.

— No i co, maluchu, co tu robisz? — powiedział chrapliwym głosem.

Szczeniak podniósł się, spojrzał na niego. W tym spojrzeniu było coś nowego. Nie strach. Nie obojętność. Raczej rozpoznanie. Jakby ten człowiek był odbiciem jego samego.

— Ciebie też nikt nie czeka, co? — ciągnął mężczyzna. — Rozumiem…

Usiadł na skraju zjeżdżalni, wyciągnął rękę. Szczeniak się nie ruszył, tylko zamrugał.

— Nie będę cię przeganiać. Wiesz, u mnie w domu pusto. Cicho. Zbyt cicho. Może… może tam będzie ci lepiej niż tutaj?

Szczeniak zamarł. W jego piersi podniosła się fala, podobna naraz do strachu i radości. Powoli zsunął się ze zjeżdżalni i podszedł bliżej. Mężczyzna dotknął jego głowy — ostrożnie, jakby bał się złamać coś kruchego.

I w tej chwili coś się zmieniło.


Odeszli razem. Ludzie, którzy przechodzili obok, widzieli tylko mężczyznę z kundelkiem. Ale dla nich obojga to był początek nowego życia.

Szczeniak nigdy więcej nie wróci sam na zimną zjeżdżalnię. Miał już drogę, dom, człowieka, który odezwał się do niego bez pogardy.

A mężczyzna po raz pierwszy od wielu lat poczuł, że jego samotność zaczęła się dzielić na dwoje.

I gdzieś w głębi ich dusz cicho brzmiała ta sama myśl:
„Znaleźliśmy się nawzajem. I to wystarczy.”

Оцените статью