Serce narysowane ustami

Nazywał się Nord. Kiedy się urodził, wiatr był ostry i zimny, a szczeniak drżał tak, jakby sama ziemia odpychała go na obcy brzeg. Jego oczy nigdy nie poznały światła — świat od razu zasłoniła dla niego czarna zasłona. Ludzie mówili: „Ślepy. Nikomu niepotrzebny”. Inne szczenięta zabierano szybko, a on zostawał ostatni, przyciśnięty do ściany skrzynki, wsłuchując się w kroki, które oddalały się coraz bardziej.

— A co z tym? — zapytał pewnego razu chłopiec, wskazując na Norda.
— Ten? — kobieta machnęła ręką. — Nie przeżyje. Oddaj, gdzie chcesz, albo wynieś… gdziekolwiek.

Tak zaczęło się jego życie. Nie tam, gdzie czekają, lecz tam, gdzie się pozbywają. Wyniesiono go za bramę, owiniętego w stary ręcznik. Drżał, ruszał nosem i łapał zapachy — mokra trawa, metaliczne powietrze, szum samochodów. Rozumiał: światła nigdy nie zobaczy, będzie żył tylko słuchem i węchem. I — co najgorsze — samotnością.

Dni mijały w łańcuchu podobnych chwil. Ktoś przechodził obok, ktoś odepchnął go nogą, ktoś rzucił kawałek chleba. Nord słuchał kroków, ale one nigdy nie wracały. Nauczył się nie skomleć, bo zrozumiał: płacz to dźwięk, który nie przynosi pomocy. A tylko nocą, gdy cisza spadała na miasto, wył cicho — nie wołając nikogo, lecz wypuszczając tęsknotę w pustkę.

Pewnego deszczowego dnia usłyszał łagodny kobiecy głos:
— Boże… skąd ty się tu wziąłeś?

Ręce podniosły go, zapach perfum zmieszał się z zapachem sierści. Otuliła go szalikiem i przycisnęła do piersi. Serce kobiety biło szybko, a on pierwszy raz od dawna poczuł, że czyjeś serce bije także dla niego.

Dom pachniał ciepłem, ciastkami, świeżością. Bał się zrobić krok, pazurami zaczepiał się o próg. Ale głos znów wyszeptał:
— Wejdź, maluszku. Tu nie ma ciemności, tu wszystko jest twoje.

Od tej pory miał kąt, miskę i imię. Nord. Bo, jak powiedziała ona, „przetrwałeś, choć świat był zimny jak północny wiatr”.

Nigdy nie widział jej twarzy, ale znał każdy jej krok. Po chodzie odróżniał nastrój: jeśli kroki były lekkie — dzień się udał, jeśli ciężkie — znaczyło, że znowu brakło pieniędzy, znowu serce bolało. Wtedy tulił się do jej nóg, podnosił pysk i myślał: „Jestem. Wszystko słyszę”.

Miał niezwykłe oczy. Zamknięte na zawsze, lecz właśnie dlatego uczył się widzieć sercem. Słyszał drżenie jej głosu, gdy rozmawiała przez telefon. Czuł łzy po zapachu soli na jej palcach. I zawsze wyciągał pysk tam, gdzie trzeba było ogrzać.

— Skąd ty wszystko wiesz? — szeptała, głaszcząc go po głowie.
Odpowiadał milczeniem.

Czasem sąsiedzi kpili:
— Po co ci on? Taki sam kaleka jak twoje życie.

Ona nie kłóciła się. Tylko wieczorem, gdy wszystkie słowa świata zamieniały się w pył, siadała na podłodze, obejmowała go i zostawiała na jego białej sierści ślady szminki — czerwone jak pieczęcie. Malowała na jego pysku pocałunkami swoją odpowiedź światu: „To jest moje szczęście. Moje światło w ciemności”.

Nord cierpliwie znosił te znaki. Zamierał, zamykał i tak zamknięte oczy i oddychał jej zapachem. Nie widział jej uśmiechu, ale znał jej oddech na pamięć.

— Jesteś najpiękniejszy — mówiła. — Nawet jeśli nigdy tego nie zobaczysz.

Pewnego dnia zachorowała. Najpierw chodziła ciszej, potem częściej się kładła, czasem nie wstawała całe dni. Nord słyszał jej kaszel, słyszał ciszę między oddechami. Leżał obok i czekał. Nie umiał modlić się słowami, ale modlił się oddechem: „Wróć. Nie odchodź”.

Gdy zrobiło się bardzo źle, zabrali ją. Drzwi trzasnęły i dom pogrążył się w ciszy. Nord siedział przy wejściu, wciskając pysk w szparę, i słuchał kroków na klatce schodowej. Każdy dźwięk brał za jej powrót. Każdy skrzyp oczekiwał jak cudu.

Mijały dni. Drzwi się nie otwierały. Sąsiedzi czasem przynosili jedzenie, ale w pokoju panowała pustka. Wtedy kładł się na kanapie, pachnącej jej włosami i kremem, i nie wstawał. Czekał. Bo tylko to umiał — czekać.

Pewnego dnia drzwi wreszcie się otworzyły. Weszli obcy ludzie. Pachnieli papierami, lekami, chłodem. Głaskali go niezgrabnie i mówili:
— Właścicielki już nie ma.

Słów nie zrozumiał, ale ciszę — tak. Dom stał się pusty na zawsze.

A jednak pozostał. Sąsiedzi ulitowali się, pozwolili mu zostać w mieszkaniu, dopóki załatwiali sprawy. Spał na kanapie i co rano podchodził do drzwi, by znów nasłuchiwać kroków. Świat dla niego i tak był ciemny, ale w sercu przechowywał zapach jej pocałunków.

Na jego pysku wciąż były czerwone ślady, wyblakłe, ale jak żywe. Nikt ich nie starł — bo nie da się zetrzeć tego, co zostawiła miłość.

Gdyby ktoś zajrzał w jego serce, zobaczyłby tam światło — nie słoneczne, nie elektryczne, lecz to, które zapala się, kiedy nawet najbardziej niechciany i ślepy pies słyszy: „Jesteś mój. I kocham cię”.

Nord żył więc dalej — bez oczu, ale z znakami narysowanymi ustami. Jego świat był czarny, ale nosił w sobie jej światło.

Оцените статью