Kiedyś był potrzebny. Kiedyś słyszał ciepłe: „Dobry pies!”, czuł dziecięce ramiona obejmujące jego szyję. Wierzył, że to będzie na zawsze. Ale pewnego dnia drzwi zatrzasnęły się — i jego świat się rozpadł. Teraz każdy poranek zaczyna od spojrzenia przez zardzewiałą kratę i szeptu do samego siebie:
— Wytrzymaj jeszcze jeden dzień, przyjacielu. Może dziś coś się zmieni.
Czasem podnosi się i patrzy na ludzi przechodzących obok. W jego spojrzeniu brzmi pytanie:
— Czemu się nie zatrzymujesz? Czy naprawdę mnie nie widzisz?
Ale odpowiedź zawsze ta sama — cisza. Tylko wiatr porusza jego zmierzwioną sierść, tylko deszcz kapie na ziemię.
Pies z sąsiedniego boksu czasem szczeknie krótko, jakby też stracił nadzieję. Ale on wciąż trzyma się resztek wiary. Wieczorem, leżąc na zimnym betonie, szepcze do niewidzialnego właściciela:
— Wiem, że jesteś gdzieś tam. Wiem, że przyjdziesz. Będę czekał tyle, ile trzeba, tylko nie zostawiaj mnie tu na zawsze.
Każda noc to próba. Zamyka oczy i widzi sny: znów biegnie po zielonej trawie, słyszy śmiech, czuje zapach chleba z kuchni. W tych snach jest szczęśliwy. A rano znów otwiera oczy i czeka, bo innej drogi nie ma.
Jego historia to opowieść o wierności, której nie da się złamać. Nawet kraty nie potrafią zabić miłości w jego sercu. Dlatego kiedy ktoś w końcu wyciągnie do niego rękę, odda całą swoją duszę, całą wierność, całe serce.
I może właśnie to spojrzenie zza zardzewiałej siatki kiedyś zmieni czyjeś życie. Bo patrzy nie tylko oczami psa — patrzy oczami nadziei.







