Siedział przy przystanku. Mały, brudny, z poszarpaną sierścią i oczami, w których była tylko jedna myśl — „czekam”. Świat mijał obok. Ludzie spieszyli się do pracy, rozmawiali, narzekali. A on tylko siedział. I czekał.
To nie był zwykły pies. To była dusza zamknięta w zmęczonym ciele. Mały kawałek wierności, której nie złamie ani zimno, ani głód, ani ból. Nazywał się Timosza.
Timoszę znalazła babcia — pani Walentyna. Miała już ponad siedemdziesiąt lat, bolały ją nogi, ale serce wciąż miała ogromne i dobre. Znalazła szczeniaka zimą, przy śmietniku. Trząsł się, piszczał, łapka była złamana. Podniosła go, owinęła w chustkę i szepnęła:
„Już dobrze, maluch. Od teraz jesteś mój”.
Od tamtej chwili byli razem. Zawsze.
Każdego ranka gotowała mu kaszę, głaskała po uszku i mówiła do niego, jak do człowieka. A on patrzył na nią tak, jakby wszystko rozumiał. Kiedy płakała po nocach — kładł się obok i cicho wzdychał. Gdy źle się czuła — biegł po sąsiadkę. Gdy upadała — lizał jej twarz, aż odzyskała przytomność.
On nie był tylko psem. On był jej rodziną.
Codziennie chodzili na przystanek. Ona siadała na ławeczce, a Timosza kładł się przy jej nogach. Czasem jechała załatwić sprawy — do przychodni, do apteki, do urzędu. Zawsze mówiła mu:
„Poczekaj na mnie, Timosza. Zaraz wrócę”.
On kładł się. I czekał. Nieważne, ile to trwało. W deszczu, w ciemności, w zimnie.
I za każdym razem wracała. Wyciągała rękę, uśmiechała się: „Dzielny jesteś. Doczekałeś się”. I razem wracali do domu.
Ale któregoś dnia — nie wróciła.
On, jak zawsze, położył się przy przystanku. Minął jeden autobus, potem drugi, trzeci. Ludzie pytali: „Czyj to pies?”. On nie reagował. Patrzył przed siebie. I czekał.
Nie wiedział, że pani Walentyna dostała udaru. Że zabrała ją karetka prosto z autobusu. Że zdążyła tylko wyszeptać: „W domu mam pieska… on czeka…” — i straciła przytomność.
Nikt nie znał jej adresu. Nikt nie wiedział o Timoszy.
A on czekał. Dzień. Potem dwa. Potem tydzień.
Sąsiedzi widzieli go, próbowali zawołać. Nie szedł. On wiedział: ona powiedziała, że wróci. A jeśli obiecała — to wróci.
Chudł. Sierść zbijała się w brudne kołtuny. Oczy gasły. Trząsł się nocami, ale nadal czekał. Jedzenie brał tylko w nocy, po cichu, kiedy nikogo nie było.
Raz próbowali go zabrać do schroniska. Szarpał się, skowyczał, patrzył z takim bólem, że kobieta z odłowu puściła smycz. I on uciekł. A pół godziny później znowu leżał na swoim miejscu.
Mijał miesiąc. Ludzie się przyzwyczaili. Nazywali go „czekający”. Jedni współczuli, inni wzruszali ramionami. Ale nikt — nikt — nie mógł mu zastąpić tej, na którą czekał.
A w tym czasie pani Walentyna leżała w szpitalu. Długo bez świadomości. Gdy w końcu się ocknęła, pierwsze słowo, jakie wyszeptała, brzmiało: „Timosza…”. Ale wstać nie mogła. Tylko płakała nocami i modliła się: „Panie Boże, zachowaj go przy życiu. Niech mnie doczeka…”
On czekał.
Coraz słabszy. Coraz bardziej zmęczony. Ale codziennie wracał na przystanek. I patrzył w dal. Ona obiecała. Więc trzeba czekać.
I pewnego dnia — ona wróciła.
Po dwóch miesiącach wypisali ją ze szpitala. Sąsiadka przywiozła ją taksówką. Pani Walentyna ledwo stała, ale błagała: „Zatrzymajcie się przy przystanku. On na pewno tam jest…”
I był.
Leżał na tym samym miejscu. Chudy, wycieńczony, z zamkniętymi oczami. A kiedy wysiadła i powiedziała: „Timosza…” — podniósł głowę. Powoli. Jakby nie wierzył.
A potem — zerwał się. Ostatkiem sił rzucił się w jej stronę. Obalił ją na ławkę, lizał twarz, skamlał, płakał, drżał.
Ona obejmowała go i też płakała.
Ludzie na przystanku stali w ciszy. Jedni odwracali głowę, inni ocierali łzy.
I nikt — nikt — nie przeszedł obojętnie.
Teraz znów byli razem. Szli powoli, bardzo powoli. Ale szli. Do domu. We dwoje.
Ona szeptała: „Przepraszam, że kazałam ci tyle czekać…”
A on tylko tulił się do jej nogi i wzdychał.
Bo wiedział:
Jeśli kochasz — to czekasz. Ile trzeba.







