Leżał na starej szmacie porzuconej przy drodze i wyglądał jak część śmieci — między foliowymi torbami a kamieniami. Jego ciało było wychudzone do granic możliwości: żebra wystawały ostrymi łukami, sierść prawie całkiem zniknęła, zostawiając nagą, szarą skórę pokrytą ranami. W półprzymkniętych oczach tkwił cień. Cień czekania i beznadziei. To był pies, na którego nikt nie czekał.
Kiedyś był szczeniakiem — ciekawym, radosnym, pełnym energii. Jego ogonek merdał bez przerwy, a każdy ludzki dotyk wydawał się cudem. Wierzył, że jego narodziny mają sens, że jest komuś potrzebny, że ktoś go pokocha.
— Zobacz, jaki słodki! — mówiła dziewczynka, biorąc go na ręce.
— Daj spokój, nie mamy czasu… — odpowiadał zmęczony dorosły.
Szczeniak i tak się cieszył. „Urosnę, będę silny i wierny, a wtedy będziecie dumni” — myślał. Ale ludzie rzadko dotrzymują obietnic, których nawet nie składają.
Mijał czas. Był coraz mniej „uroczy”, coraz bardziej zbędny. Karmili go coraz rzadziej, aż w końcu któregoś dnia wynieśli za bramę.
— Wynocha! — rzucił ktoś, a chudy podrostek-pies nie zrozumiał. Myślał, że to zabawa, że za chwilę go zawołają. Ale drzwi się zamknęły i nikt już nie wyszedł.
„Poczekam. Otworzą. Przecież sobie przypomną” — pocieszał się pies.
Czekał długo. Dni zmieniały się w noce, deszcz bił w ziemię, słońce parzyło grzbiet, ale nikt nie otworzył drzwi. W końcu zrozumiał: nikt na niego nie czeka.
Zaczęła się jego droga — bez celu, bez końca. Włóczył się po ulicach, szukał jedzenia, jadł ze śmietników, czasem ktoś rzucił mu kawałek chleba albo kość. Ale częściej zamiast jedzenia spotykał krzyki.
— Spadaj! — wołali ludzie.
— Chory, wściekły! — odwracali głowy.
On nie odpowiadał. Odsuwał się, kulił ogon i szedł dalej.
„Nie chciałem przeszkadzać… chciałem tylko kromki chleba…”
Z każdym miesiącem słabł. Choroba toczyła jego ciało, łapy drżały, oczy ropiały. Sierść wypadała kępkami, i teraz straszył nawet dzieci.
— Mamo, zobacz, pies!
— Nie podchodź, jeszcze cię ugryzie albo zarazisz się!
Słyszał to i odwracał wzrok. „Przecież nigdy bym nie ugryzł… ja wciąż was kocham…”
Czasem udawało mu się znaleźć kąt w starej stodole czy pod klatką schodową, gdzie mógł się schować przed deszczem. Kładł się na zimnym betonie i patrzył w pustkę. Myśli się plątały, ale jedna była zawsze ta sama: „Dlaczego nikt na mnie nie czeka?”.
W jego sercu tliła się maleńka iskra. Może jutro ktoś się zatrzyma, wyciągnie rękę, da miskę wody, zabierze do domu. Może znajdzie się ten, kto powie: „Chodź ze mną”.
Ale dni mijały. I nikt nie przyszedł.
Zaczął rozmawiać sam ze sobą.
„Przecież jestem dobry? Kiedyś dziewczynka mnie głaskała. Śmiała się. Może pamięta? Może jej jestem potrzebny?”
A potem sam sobie odpowiadał:
„Nie. Nikt nie pamięta. Nikt nie czeka. Jesteś tylko cieniem, którego wszyscy się boją”.
Te rozmowy były jego jedyną towarzyszką. Coraz cichsze, aż w końcu szept.
Ostatnie dni prawie nie wstawał. Nie miał sił. Leżał przy drodze, a ludzie przechodzili obok. Jedni odwracali się, inni przyspieszali kroku. Chłopiec zatrzymał się, popatrzył i cicho powiedział:
— Mamo, on umiera…
— Nie dotykaj, chodź! — odpowiedziała stanowczo kobieta i pociągnęła syna.
„Dziękuję, że chociaż zauważyłeś” — pomyślał pies.
Czuł, że koniec jest bliski. Serce biło coraz wolniej, oddech gasł. I nagle przypomniał sobie dom, w którym się urodził. Ciepło, zapach mleka, śmiech dziecka.
„A gdyby było inaczej? Przecież mogłem być szczęśliwy…”
Jego oczy się zamknęły. Przed ostatnim oddechem wyszeptał — nie głosem, lecz myślą:
„Czekałem… ale nikt nie przyszedł”.
Rano jego ciało znalazł przechodzień. Ktoś odwrócił głowę, ktoś rzucił:
— Kolejny kundel zdechł.
I poszli dalej.
Ale trawa wokół, jakby się pochyliła, okrywając jego spokój. Liście szeptały, że żył, że jego serce kiedyś kochało.
A w powietrzu jeszcze długo wisiało jego ostatnie pytanie:
„Dlaczego nikt nie chciał psa, który czekał?”







