„Jeszcze chwilę. Znam ten dźwięk. Zaraz wyłoni się zza zakrętu, jak zawsze: ciężkie kroki, zapach tytoniu i chleba… Podbiegnę — i pójdziemy razem. Proszę cię, droga, jeszcze chwilę…”
Stał na lekkim wzniesieniu, pochylony jak cienka gałąź pod śniegiem. Sierść matowa, wyblakła, żebra wystające jak u rzeźby, łapy drżały ze zmęczenia. Ale głowę trzymał dumnie — na szyi miał nowiutką, niebieską obrożę. Obroża mówiła, że „jest czyjś”, ale wszystko inne mówiło, że został zapomniany. Samochody mijały go falami: szum, wiatr, szelest żwiru. Za każdym razem lekko unosił się na łapach, jakby chciał skoczyć naprzód. Za każdym razem opuszczał głowę i wracał na swoje miejsce — do plamy asfaltu, gdzie zapach deszczu mieszał się z czekaniem.
Pierwsi przechodnie mówili:
— Ale chudy…
— Pewnie komuś uciekł.
Nie uciekł. Był tutaj, bo ostatni zapach swojego człowieka poczuł właśnie w tym miejscu. Rano pachniało tu świeżym chlebem, w południe gorącym metalem autobusu, wieczorem — ciepłą czapką. Odkąd ten człowiek zniknął, to miejsce stało się jego domem. Domem bez ścian, ale z jednymi drzwiami — zakrętem drogi.
Trzeciego dnia podeszła do niego dziewczyna z torbą. Pachniała deszczem i cynamonem. Przykucnęła, postawiła na ziemi pojemnik:
— Jedz, proszę. Jutro przyniosę więcej.
Zrobił krok, powąchał, ale odsunął się i spojrzał w stronę zakrętu. Dziewczyna westchnęła:
— Kogoś czekasz, prawda? Dobrze. Posiedzę tu obok.
I tak było codziennie. Dziewczyna — Ania — nauczyła się rytmu drogi: autobus o 7:20, śmieciarka o 9:00, motocykl w południe. A pies patrzył i słuchał, jak dyrygent przed orkiestrą. W każdym dźwięku szukał „tego” kroku.
Szóstego dnia spadł deszcz. Ania spóźniła się. Gdy dobiegła, pies był przemoczony, ale nie opuścił miejsca. Owinęła go szalikiem:
— Głupku… całkiem przemokniesz. Chodź choć pod dach.
Zrobił dwa kroki i znów spojrzał na zakręt. Stali tak razem, jak dwa cienie.
Siódmego dnia Ania dostrzegła coś na wewnętrznej stronie obroży: „MURAWSKA 12–2”. Adres. Zadzwoniła po taksówkę. Pies patrzył na każdy zakręt w drodze. Budynek był stary, a przy drzwiach stał dozorca.
— Pan w niebieskim szaliku? — spytała.
— Pana P. zabrali do szpitala miesiąc temu. Nie wrócił.
Pies usiadł. Imię „Zefir” wróciło jak uderzenie w serce. Wiedział. Wtedy, przy zakręcie, człowiek upadł… i już nie wrócił.
Dwa dni spędzili u Ani. Potem udało się odnaleźć córkę właściciela — Lidę. Miała dzieci. Poprosiła, by go przywieźć.
Pod jej domem czekało dwóch chłopców. — To Zefir! — krzyknęli. Zapach domu, dzieci, odrobina dawnego człowieka w ich włosach… Pies wszedł bez wahania.
Od tego dnia obroża została, ale droga przestała być celem. Teraz czekał tylko na powrót dzieci ze szkoły.







