Od tamtej pory nauczyła się rozpoznawać zapachy…

Wybrała ziemię zamiast dachu — wąską szczelinę między kamieniem a suchym konarem. Tu wiatr nie śpiewał, tylko szeptał, a ten szept przypominał kołysankę, jeśli było się bardzo zmęczonym. Leżała bokiem, zasłaniając sobą wejście, a w środku, przytulone do jej ciepła, spały małe, gorące kulki, tak gorące, że wydawało się, iż noc topnieje.

„Cicho, — powtarzała sobie i im. — Oddychajcie. Jestem tu. Jestem murem. Jestem kamieniem. Do rana”.

Świat docierał do niej jak przez filtr: kroki, szelesty, krople na dalekim metalu. Każdy dźwięk mierzyła jednym pytaniem: czy to niebezpieczeństwo, czy życie. Ciało było już chudsze niż cień, ale mleko wciąż przychodziło, i to było ważne. Nie liczyła dni; liczyła nosy: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć — wszystkie na miejscu, wszystkie oddychają.

Kiedyś miała ściany i imię — lekkie jak przezwisko, przyklejone dziecięcą dłonią do ucha. Kiedyś pachniało zupą w kuchni, a słońce wpadało przez okno leniwe i ciepłe. A potem drzwi zaczęły zamykać się częściej, niż otwierać. Ręka coraz rzadziej trafiała w jej czoło, aż w końcu drzwi zamknęły się na zawsze. Nie warczała — po prostu odeszła. Nie z dumy, ale dlatego, że przyzwyczajenie do czekania przestało grzać.

Od tamtej pory nauczyła się rozpoznawać zapachy wcześniej niż kroki. Ten — benzyna i zimny metal. Tamten — mokre trampki i słodka guma. A nowy… rumianek, tkanina i coś jeszcze miękkiego, jak zabawka dziecka. Podniosła głowę i zobaczyła ludzi. Jeden przykucnął, drugi zatrzymał się kawałek dalej. Oboje mieli dłonie opuszczone, wnętrzami w dół — tak robią ci, którzy nie chcą straszyć.

— Malutka, — powiedziała kobieta, a jej głos był jak woda po długim pragnieniu. — Widzimy cię. Nie skrzywdzimy.
— Ostrożnie, tam szczelina, — dodał mężczyzna. — Podejdziemy, ale spokojnie.

Warknęła cicho, bardziej z obowiązku niż ze złości: „Nie podchodźcie do moich. Ja jestem ziemią. Ja jestem wejściem. Ja jestem wszystkim, co mają”. Ale przy głosie pachnącym rumiankiem warczenie osłabło. Kobieta postawiła miskę z wodą niedaleko, ale nie za blisko; obok położyła karmę — pachnącą, sycącą. Patrzyła na miskę, na ludzi, na szczelinę, gdzie spały jej dzieci, i myślała: „Jeśli wyjdę, świat je zabierze?”. Łapa zrobiła krok, potem drugi. Piła tak łapczywie, że woda była jak ostry powiew, ale wzroku od szczeliny nie odwracała.

— Zabierzemy wszystkich razem, — szepnęła kobieta. — Słyszysz, piękna? Nie rozdzielimy.
„Jeśli to prawda — pozwolę, — odpowiedziała sercem. — Ale jeśli kłamiesz — wrócę z każdej klatki”.

(…)

W przytulisku noce brzmiały inaczej: nie głosami, lecz oddechami. Leżała w czystym, dużym boksie i znowu zasłaniała sobą szczelinę, choć szczeliny już nie było. „Śpijcie, — szeptała. — Mamy ściany. Niech będą dobre”. Na korytarzu chodził mężczyzna z latarką. Zatrzymywał się przy klatce i mówił:
— Dobra mama. Wszystko zrobiłaś dobrze.
Nie znała tych słów, ale czuła ich ciężar. Miło było być „dobrą”.

Rano przyszła dziewczynka w swetrze z długimi rękawami. Przyłożyła dłoń do krat.
— Mogę ją nazwać Nora? — spytała kobietę. — Bo jej dom był norką.
— Możesz, — uśmiechnęła się tamta. — Piękne imię.
„Nora, — powtórzyła w sobie, smakując dźwięk jak wodę po długiej drodze. — Jeśli mam imię, to znaczy, że ktoś widzi mnie całą, nie tylko mój strach”.

(…)

Nowa droga była spokojniejsza niż pierwsza. Leżała, podciągnęła łapy i liczyła oddechy — nie tylko swoich szczeniąt, które już znalazły domy, ale też tych, którzy jechali obok: dziewczyny, mężczyzny, chłopca. To była nowa arytmetyka bezpieczeństwa: póki wszyscy oddychają, świat się trzyma.

Próg domu pachniał cynamonem i drewnem. Kuchnia — mlekiem. Kanapa — sierścią tego, którego już nie było, ale zostawił dobre miejsce dla następnej. Nikt nie kazał jej od razu kochać; dali jej czas, by była.
— Jesteśmy obok, Noro, — powiedział cicho mężczyzna. — Tyle, ile trzeba.

Przytuliła nos do koca w romby. „Nauczę się żyć bez szczeliny, — postanowiła. — Nauczę się liczyć nie zagrożenia, lecz poranki i wieczory. Umiałam być murem. Teraz chcę być oknem”.

Оцените статью
Od tamtej pory nauczyła się rozpoznawać zapachy…
Przeciw Losowi: Angela — pies, który po dekadzie okrucieństwa odzyskał nadzieję