Mały kłębek nadziei w dłoniach

On maleńki — ciepły, drżący jak sen,
W nim pierwsze „żyj”, w nim początek dróg ten.
Patrzy przez sen, jeszcze świata nie zna,
Choć czasem on rani i krzykiem przygniata.

Podnoszą go wyżej — a świat taki wielki,
Lecz w sercu brzmi nuta jak dzwony niedzielne.
Łapeczką sięga w przestrzeń pustą,
Jakby za szczęście chwytał z ufnością.

W ludzkich dłoniach leży tak lekki jak piórko,
Bez słów szepcze: „Chcę być żywy i czuły”.
A jeśli ogrzejesz go w świecie surowym,
Odwzajemni radość, odwagę i zdrowie.

Jego oczy nie znały jeszcze prawdziwego strachu. Dopiero zaczynały się otwierać na świat, który wydawał się zbyt głośny, zbyt jasny i nieoswojony. Szczeniaczek, którego trzymałam w dłoniach, przypominał iskierkę, dopiero co wydartą ciemności. Jego futerko było miękkie jak aksamit, oddech ledwie wyczuwalny. Nie rozumiał, dlaczego ktoś go podniósł, lecz w tym geście nie było zagrożenia — dlatego zawisł spokojnie, jakby w rękach znalazł pierwszy bezpieczny brzeg.

Znaleziono go przy bramie fabryki, gdzie został wyrzucony razem z rodzeństwem. Tam, gdzie huczał metal i pachniało olejem, leżał ledwie żywy. Być może nie doczekałby poranka, gdyby nie przypadkowe spojrzenie człowieka. Ale jeden gest odmienił wszystko.

Patrzył ponad dłońmi — nie w człowieka, lecz w pustkę, która była dla niego jeszcze światem bez kształtu i zasad. Wyciągnął łapkę, jakby chciał uchwycić ten świat i sprawdzić, czy nie jest zbyt zimny.

— Taki maleńki, — powiedziała wolontariuszka, — a już przeżył więcej, niż powinien. Obca obojętność, ślepe wyrzucenie. Ale on ma swoją szansę.

Patrzyłam na niego i myślałam: każda istota ma moment, w którym ważą się jej losy. Dla jednych to chwila pierwszego ciosu, który czyni świat wrogim. Dla innych — chwila, gdy trafiają do czyichś dłoni i nagle świat staje się miękki. Dla tego maleństwa był to właśnie ten drugi moment.

„Kim jesteście? — zdawały się pytać jego oczy. — Jest mi zimno, ale jeszcze nie wiem, co znaczy bać się. Czy będziecie moją pamięcią o dobru czy o bólu?”

Nie odpowiedziałam słowami. Dla niego brzmiałyby one pustką. Ale moje palce trzymały mocno i delikatnie, a ten gest był bardziej zrozumiały niż obietnice.

Jego bracia i siostry tuliły się w kartonie, popiskiwały, szukały siebie nawzajem. Ale właśnie on, najmniejszy i najciemniejszy, znalazł się w moich dłoniach. I było w tym coś symbolicznego: czasem los wybiera nie najsilniejszego, lecz najsłabszego, by sprawdzić — czy potrafimy obronić kruchość.

Minęło kilka dni. Szczeniaki rosły, uczyły się chodzić, otwierały oczy. Każdy ich krok był małym świętem. Ale to właśnie ten maluch zawsze rwał się pierwszy — upadał, podnosił się i znowu próbował. Jeszcze nie znał słowa „dom”, ale wiedział, że blisko jest ciepło.

Kiedy przyszła rodzina — młode małżeństwo z córeczką, od razu go zauważyli. Dziewczynka wyciągnęła dłoń, a on, chwiejnym krokiem, podszedł i położył pyszczek w jej palcach. Stało się to tak zwyczajnie, jakby zawsze na nią czekał.

— Weźmiemy właśnie jego, — powiedział ojciec.

W tym wyborze nie było litości. Było coś innego — chęć podarowania początku.

Teraz maluch ma przyszłość. Będzie miał imię, własny kocyk, miskę, zabawkę. Ale najważniejsze — będzie miał doświadczenie, które nauczy go, że świat może być dobry, jeśli spotka się w nim kogoś, kto poda rękę.

Kiedy wspominam, jak pierwszy raz trzymałam go w dłoniach, rozumiem: ta chwila była decydująca. Wyciągnął łapkę w pustkę — i znalazł oparcie. A czasem właśnie tak zaczyna się życie: od jednego maleńkiego dotyku, który przemienia pustkę w drogę.

Оцените статью