Leżała na wilgotnej trawie, tuląc do siebie maleńkiego szczeniaka. Świat wokół jakby przestał istnieć — liczyło się tylko jej ciężkie, przerywane oddechy i jego cichutkie popiskiwanie. W jej oczach była rozpacz, a po czarnym futrze spływały prawdziwe łzy. Patrzyła nie w dal, nie w niebo, lecz prosto w twarz swojego dziecka, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół. Jakby wiedziała, że jutro może go już nie być.
To była wieś, zniszczona szopa na skraju podwórka. Jeszcze niedawno trzymano tam zwierzęta, teraz stała pusta. Tylko ona została przykuta do łańcucha — wychudzona, wycieńczona suka z wielkimi oczami. Kiedyś piękna i silna, lecz całe jej życie zależało od ludzi, którzy przestali się o nią troszczyć. Często nie miała ani wody, ani jedzenia, a gdy rodziła szczenięta, nikt nie dbał, by przeżyły. Z dziesięciu zostawały dwa, reszta ginęła w słomie.
Wiedziała, że tym razem też jej nie wybaczą. Właściciel przeklinał, bił, krzyczał: „Ile jeszcze?!”. Ona jednak kuliła się, zakrywała maluchy swoim ciałem i modliła się psim sercem, żeby ocalić choć jedno. Ale za każdym razem historia kończyła się tak samo — szczenięta znikali, a ona wyła z rozpaczy, rwąc łańcuch, bezradna wobec ludzkiej obojętności.
Tym razem zrobiła inaczej. Gdy mężczyzna uniósł kij, ona przycisnęła jednego szczeniaka do piersi i z taką siłą szarpnęła łańcuchem, że metal wyrwał się z gwoździa. Upadła w trawę, lecz nie wypuściła go. Reszty nie zdołała ocalić. Został jej tylko jeden. Ale ten jeden stał się jej całym światem.
Leżała obok niego, ogrzewała swoim drżącym ciałem, lizała maleńkie uszka i płakała. Łzy spływały same, jak niemal ludzka prośba skierowana do świata: „Nie zabierajcie go. Niech żyje”.
Przechodnie widzieli ją, ale odwracali głowy. Jedni mówili: „Bezpańskie psy, cóż z nimi zrobić”, inni współczuli, lecz szli dalej. Tylko dzieci czasem podchodziły i szeptały: „Mama go kocha”. Ale i je odganiano. I znów przychodziła noc — noc jej cichego płaczu i brzęku łańcucha.
Dostałem telefon od sąsiadki: „Przyjedźcie, ona płacze jak człowiek. Ja się boję, właściciel jest zły, ale ona naprawdę płacze”. Nie wierzyłem, dopóki nie zobaczyłem jej na własne oczy. To były prawdziwe łzy. Spojrzała na mnie jak na ostatnią nadzieję, ale i zagrożenie. Jej oczy mówiły: „Jeśli chcesz go zabrać, musisz przejść przez mnie”.
Kucnąłem, spokojnie, powoli. Szczeniak zapiszczał, poruszył się. Ona polizała go, a potem znów spojrzała na mnie. W jej wzroku mieszało się wszystko — strach, błaganie, gniew i wiara.
— Spokojnie, dziewczynko — wyszeptałem. — Nie zabiorę go. Pomogę wam.
Nie rozumiała słów, ale chyba wyczuła ton. Postawiłem miskę wody i trochę jedzenia. Zawahała się, zrobiła krok, drugi, w końcu napiła się odrobiny. Małe łapki szczeniaka drżały, ale on też podszedł.
Wyprowadziliśmy ją szybko, gdy gospodarza nie było w domu. Sąsiadka płakała: „On chciał utopić małe, dobrze, że zdążyliśmy”. Zdążyliśmy.
W samochodzie nie puszczała szczeniaka ani na chwilę. Cała się trzęsła, ale tuliła go mocno. A ja myślałem, że nawet człowiek w rozpaczy nie zawsze ma taką siłę, by kochać do końca. Ona mogła się poddać, ale wybrała walkę — choćby o jedno życie.
W schronisku długo ją leczono — miała anemię, zapalenia, była skrajnie wycieńczona. Lekarze kręcili głowami: „Szanse są małe”. A jednak żyła. Bo przy niej był on — jej dziecko, jej powód, by trwać. Nie odstępowała go nawet na chwilę.
Dzień po dniu jej spojrzenie zmieniało się. Wraz z tym, jak rósł szczeniak, rosła jej wiara. Gdy pierwszy raz stanął na łapkach, zawyła — nie z bólu, lecz ze szczęścia.
Kilka miesięcy później przyjechała rodzina. Szukali szczeniaka, lecz gdy zobaczyli ją, kobieta powiedziała cicho: „Oni muszą być razem. Popatrz, jak ona na niego patrzy”. Mąż skinął głową. I wtedy wiedziałem, że ich nie rozdzielą.
Dziś mają dom — ciepły, z ogrodem, z dziećmi, które codziennie ich przytulają. Szczeniak biega po trawie, a ona spogląda na niego spokojnymi oczami. Już bez łez.
Ale ja nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Czarnej suki na wilgotnej trawie, tulącej swoje dziecko i płaczącej tak, jak płacze tylko matka, gdy chce jej się odebrać ostatnie. To właśnie jej miłość sprawiła cud i ocaliła ich oboje.







