On siedzi na krótkim łańcuchu, jak mały więzień, któremu wydano wyrok, zanim jeszcze zrozumiał, czym jest życie. Kiedyś miał miękkie łapki, błyszczące oczy i naiwną wiarę, że człowiek to miłość. Ale ta wiara została zdradzona.
Jego dzieciństwo minęło w brudzie. Pusta miska stała się symbolem opieki, której nigdy nie było, a zardzewiały łańcuch — symbolem władzy, której człowiek użył nie do ochrony, lecz do upokorzenia. Każdy dzień wygląda tak samo: poranek zaczyna się głodem, trwa oczekiwaniem i kończy tą samą pustką.
Świat wokół niego to kilka metrów łańcucha. Deski, kurz, stara miska i zimna ziemia. To cały jego wszechświat. A przecież zaledwie krok dalej jest życie, którego nigdy nie pozna: zapach trawy, wolność biegu, dłoń, która głaszcze po głowie.
„Dlaczego ja? Co zrobiłem?” — jakby pyta ciszę. Ale cisza milczy. Milczy zbyt długo.
Nie ma zabawek, nie ma czułości, nie ma nawet kawałka czystego posłania. Jest tylko łańcuch wrzynający się w szyję i powoli gasnąca wiara. Wiara w to, że człowiek kiedyś sobie przypomni: przede wszystkim to nie rzecz, nie strażnik podwórka, ale żywa dusza.
Każde jego spojrzenie to niemy krzyk: „Żyję! Zauważ mnie!” Ale ludzie odwracają wzrok, udając, że go nie ma.
A to jest najstraszniejsze. Nie okrucieństwo, nie głód, nie zimno. Najstraszniejsza jest obojętność. Ona zabija powoli, lecz nieuchronnie. Z żywej istoty robi cień, który tylko czeka na koniec.







