Na ziemi, gdzie chłód i cień,
Leżę, nie licząc już dni.
Głód mnie gryzie, lecz serce wciąż bije,
Szeptem: „Żyj, musisz, wytrzymaj”.
Żebra — jak kości, zmęczony szkielet,
Lecz w duszy wciąż płonie światło.
Świat przeszedł obok, zamknął oczy,
A ja czekam: czy nadejdzie dłoń?
Nie chcę już bólu ani snu,
Chcę tylko kropli dobroci.
I jeśli usłyszę: „Wytrzymaj, maleńka”, —
Uwierzé, że jeszcze oddycham.
Ona dawno przestała liczyć dni. Na początku próbowała — jeden, dwa, trzy… lecz głód i słabość zatarły czas. Została tylko ziemia pod bokiem i niebo nad głową. Jej ciało stało się cieniem samej siebie. Każdy oddech przychodził z trudem, lecz serce uparcie biło dalej.
„Jeszcze trochę. Jeszcze odrobinkę. Muszę doczekać…” — powtarzała w myślach.
Przypominała sobie, jak kiedyś biegała po podwórkach, jak wiatr rozwiewał jej uszy, jak pachniały bułki przy sklepie, gdzie ludzie czasem dzielili się okruszkami. Wtedy wydawało się, że życie będzie długie. Ale pewnego dnia wszystkie drzwi się zamknęły. Najpierw zniknęły dobre ręce, potem zniknął dom. A potem zniknęło jedzenie. Została tylko ulica, gdzie nikt się nie zatrzymywał.
Z każdym dniem siły odchodziły. Szukała jedzenia w śmietniku, ale już nie potrafiła biec za zapachem. Szukała wody w kałużach, ale upadała, nie zdążywszy dojść. Ciało się poddawało, lecz oczy patrzyły przed siebie — jakby czekały.
Kiedy ktoś do niej podszedł, nawet się nie podniosła. Tylko oczy — ogromne, ciemne, pełne niemej prośby. Kobieta zamarła, przykładając dłoń do ust:
— Boże… ona jeszcze żyje…
Mężczyzna obok zmarszczył brwi:
— Zostawili ją tutaj. Po prostu zostawili… Patrz, żyły podwiązane, znaczy, próbowali leczyć i porzucili.
Pies zadrżał na słowo „porzucili”. Nie rozumiał go, ale w tonie czuł znajomą pustkę. Kobieta ostrożnie uklękła, wyciągnęła rękę:
— Cicho, maleńka. Przyszliśmy po ciebie. Wytrzymaj.
Nie wierzyła. Zbyt długo czekała i zawodziła się. Ale głos brzmiał miękko, nie jak rozkazy, nie jak krzyk. Tylko szept, pełen ciepła. I serce zadrżało. Lekko uniosła głowę — to było wszystko, na co starczyło sił.
Podnieśli ją razem z kocem, jakby była kruchym ptakiem. W samochodzie leżała, słuchając głosów. Mężczyzna mówił:
— Szanse są marne. Jest skrajnie wycieńczona.
— Szansa to wszystko, czego trzeba, — odpowiedziała kobieta.
W klinice otoczyli ją ludzie w białych fartuchach. Zimne ręce dotykały skóry, igły wbijały się w łapy, kroplówki kapały powoli i pewnie. Drżała, ale obok cały czas był głos kobiety:
— Poradzisz sobie. Jesteś silna. Jeszcze trochę.
W nocy śniły jej się drogi, po których kiedyś biegała. Śniły się zapachy trawy, chleba, ludzki śmiech. Budziła się od bólu, ale obok słyszała oddech tych, którzy nie odeszli.
Dzień po dniu leczono ją. Najpierw nie mogła się podnieść. Potem udało się unieść głowę. Potem zrobić krok. Każdy raz był wyczynem. Za każdym razem kobieta głaskała ją po głowie i mówiła:
— Jestem z ciebie dumna.
Nauczyła się znów jeść, pić, wstawać. Jej ciało powoli napełniało się życiem. I po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła, że świat nie odwrócił się całkowicie.
Teraz, leżąc na miękkim posłaniu, wciąż pamiętała zimne liście pod sobą. Ale te wspomnienia były coraz dalsze. Obok była miska, woda, ciepło rąk. I oczy — te same oczy kobiety, które po raz pierwszy powiedziały jej: „Jesteś potrzebna”.







