Nazywano ją Luna, chociaż w schronisku nikt nie był pewien, czy to imię zostało z poprzedniego życia, czy nadali je dopiero wolontariusze. Na zdjęciu zrobionym w dniu jej przyjęcia widać było sylwetkę bardziej przypominającą cień husky: wystające żebra, zapadnięty brzuch, sierść matowa jak popiół. W jej oczach nie paliła się złość — tylko zmęczenie i pytanie: „Za co?”
— Biedactwo — szepnęła lekarka weterynarii, ostrożnie zakładając na łapę czerwoną opaskę. — Kto mógł tak postąpić?..
Pies drgnął od dotyku, ale nie warknął. Jego ciało było zbyt wycieńczone, by się bronić.
„Nie podchodźcie… jestem zmęczona… zostawcie mnie…” — zdawał się mówić jej wzrok. Ale obok ktoś delikatnie pogłaskał ją za uchem i po raz pierwszy od dawna Luna pozwoliła sobie zamknąć oczy.
— Dasz radę, słyszysz? — powiedziała wolontariuszka, klękając. — Nie zdradzimy cię.
Te słowa zabrzmiały jak przysięga i choć pies nie rozumiał ludzkich słów, wyczuł tonację: nie było tam groźby, nie było brutalności. Tylko obietnica.
Przez kilka dni Luna prawie nie jadła. Przynoszono jej miskę z ciepłym bulionem, kładziono trochę gotowanego mięsa. Podnosiła głowę, patrzyła na ludzi i znowu odwracała się.
— No proszę cię, dziewczynko, zjedz choć trochę — błagała dziewczyna o imieniu Katia, podsuwając miskę bliżej.
„Nie mogę… nie wierzę… a jeśli znowu mnie zabiorą… jeśli znowu będzie ból…” — zdawała się odpowiadać.
W sąsiednim pokoju wolontariusze się spierali.
— Trzeba podać kroplówkę — mówił jeden.
— Wytrzyma? Jej żyły są jak nitki…
— A jeśli nie spróbujemy — nie przeżyje.
I każdego wieczoru, wychodząc do domu, Katia zatrzymywała się przy klatce.
— Luna, zobacz… jutro znowu przyjdę. Przyniosę ci zabawkę. Jesteś mądra dziewczynka, wytrzymaj jeszcze trochę.
W odpowiedzi pies tylko mrugał — ale w jego oczach nie było już tej pustki rozpaczy.
Pewnego ranka wydarzyło się to, na co wszyscy czekali: Luna ostrożnie sięgnęła do miski i zrobiła pierwszy łyk bulionu. W pokoju zapanowała cisza, jakby nikt nie chciał spłoszyć tej chwili.
— Ona je… — wyszeptał młody weterynarz.
— Boże, ona je!
Katia nie wytrzymała, otarła łzy i roześmiała się.
— Moja mądra dziewczynka! Tak trzymaj!
Pies podniósł głowę, a w jego oczach po raz pierwszy pojawił się cień zainteresowania: jakby próbował zrozumieć, dlaczego ci dziwni ludzie tak się cieszą.
„Naprawdę cieszycie się przeze mnie?..” — pytał bez słów.
Tak zaczęło się jej powracanie do życia. Każdy dzień — małe zwycięstwo. Robiła krok w stronę drzwi, potem krok w tył. Kładła się przy misce, nie dotykając jedzenia, ale już się nie odwracała. Potem odważyła się spróbować kawałek, powoli przeżuwała, jakby przypominając sobie, co znaczy żyć.
— Patrz, ona porusza ogonem — mówił ktoś.
— To znak, rozumiesz? To znaczy, że znowu wierzy.
A wieczorami, kiedy schronisko cichło, Katia siadała obok i cicho z nią rozmawiała.
— Wiesz, ja też miałam ciężki okres. Myślałam, że nikomu nie jestem potrzebna, że wszyscy się odwrócili. A potem… potem ktoś wyciągnął do mnie rękę. I wyszłam z tego. Ty też dasz radę, obiecuję.
Pies patrzył na nią i jakby rozumiał. W jego oczach pojawiało się to delikatne, kruche zaufanie, którego nie można zniszczyć ani ostrym słowem, ani gwałtownym ruchem.
Czasem do Luny zaglądali odwiedzający schronisko.
— Boże, jaka piękna — mówiła kobieta — tylko bardzo chuda…
— To husky?
— Tak — kiwał głową wolontariusz. — Powoli ją odbudowujemy.
Ludzie kręcili głowami, dziwiąc się, jak można doprowadzić zwierzę do takiego stanu. I za każdym razem Luna odwracała wzrok, jakby bała się znowu komuś spodobać, znowu uwierzyć, że może mieć dom.
— Wytrzymaj jeszcze, piękna — szeptała Katia. — Jeszcze chwilę.
I nadszedł dzień, kiedy Luna sama podeszła do człowieka. Niepewnie, powoli, ale zrobiła krok naprzód i dotknęła nosem dłoni. Wszystkim, którzy to widzieli, zaparło dech.
— Widziałeś? — Katia uśmiechała się. — Ona pierwsza podeszła do człowieka!
Wolontariusze klepali się po ramionach, cieszyli się jak dzieci. To nie był tylko gest. To był znak, że dusza psa zaczęła się goić.
Luna patrzyła na nich i może myślała: „A jeśli to wszystko prawda? A jeśli bólu już nie będzie?”
Minęło jeszcze trochę czasu. Sierść stała się miększa, oczy — jaśniejsze, krok — pewniejszy. Już potrafiła radośnie merdać ogonem, witając Katię. A pewnego dnia wzięła do pyska starą zabawkę — miękką kostkę — i przyniosła ją prosto do rąk.
— No proszę, teraz jesteś prawdziwą dziewczynką — śmiała się Katia. — Zabawki nosisz.
I wtedy stało się jasne: Luna znów miała wolę życia.
Dziś wciąż jest w schronisku. Ale już nie w klatce, lecz w pokoju z dużym oknem, gdzie wpada mnóstwo światła. Podchodzi do ludzi, przyjmuje smakołyki, czasem nawet się bawi.
— Patrz, jaka się stała! — mówią wolontariusze nowym odwiedzającym.
— Całkiem inna. Żyje.
I gdzieś tam, wśród tych ludzi, na pewno znajdzie się ktoś, kto powie: „To mój pies. Zabieram ją do domu”.
Luna jeszcze o tym nie wie. Ale za każdym razem, gdy kładzie się na miękkim dywaniku i zamyka oczy, zaczyna śnić jej się nie pustka i chłód, lecz dom. Dom, w którym obok jest człowiek, który nigdy jej nie zdradzi.






