
Pies o imieniu Bajkał był swego czasu najszczęśliwszym stworzeniem na świecie. Mieszkał w domku jednorodzinnym na obrzeżach miasta z starszą panią, Lidią Iwanowną. Nazywała go „synku”, rozmawiała z nim jak z człowiekiem, czytała na głos książki, a zimą zakładała mu stary, wełniany szalik. Ich wspólne życie trwało niemal jedenastka lat, podczas gdy syn Lidi zniknął z horyzontu, wyjeżdżając najpierw na studia, potem do pracy i ostatecznie, jak często to bywa, nie miał czasu na wizyty. Pomimo tego, Lidia wciąż miała nadzieję, że pewnego dnia wróci. Pieczołowicie przygotowywała jego ulubione pierogi, przesadzała kwiaty w ogrodzie i pisała długie listy, na które rzadko otrzymywała odpowiedź.
Na towarzysza Bajkała czekał przy wejściu, gdy Lidia mówiła:
- „Zobaczysz, przyjedzie na urodziny. Jak dawniej. Z samochodem, z kwiatami… Tylko się nie przestrasz, piesku, bo ty jesteś moim stróżem…”
Jednak jej syn nie przyjechał. Pewnego dnia, na skutek nagłych okoliczności, ich życie zmieniło się na zawsze.
Była to wczesna wiosna, poranek po silnym deszczu. Sąsiadka znalazła Lidię na progu domu z torbą w ręku i telefonem, który nigdy nie został wybrany. Infarkt. Szybko. Bez bólu, jak później informowali lekarze.
Bajkał cały wieczór wył, drapał drzwi i biegał w koło. A potem położył się obok łóżka Lidi i leżał tam aż do świtu.
Po pogrzebie syn przyjechał na kilka godzin. W czarnym płaszczu. Milczący. Z kamienną twarzą. Podszedł do Bajkała, spojrzał na niego z tęsknotą i zwrócił się do sąsiadki:
„Możesz go wziąć do siebie? Albo… gdzie indziej? Nie mam czasu. Nie mogę o niego dbać. Mam swoje mieszkanie, dwoje dzieci…”
„Przecież dla niej był jak dziecko…” — szepnęła sąsiadka.
„Wiem. Ale nie mogę. Przepraszam.”
Opuścił dom po dwóch godzinach, a Bajkał pozostał sam.
Sąsiadka starała się pomóc, przynosząc mu jedzenie. Jednak pies nie dawał się namówić do wejścia. Nie chciał jeść. Tylko leżał przy furtce. Czekał. Ciągle patrzył na furtkę, przez którą wcześniej wchodziła Lidia, trzymając torbę z mlekiem i chlebem. Bajkał pilnie obserwował furtkę, dzień po dniu.
Początkowo biegł do drogi na każdy dźwięk samochodu, badając każdego przechodnia. Podchodził, węszył i wracał do furtki.
Czas mijał. Bajkał kładł się na wycieraczce przy schodach, czekał. Tylko czekał. Dla niego odejście nie było możliwe. Nie wiedział, że jego właścicielki już nie ma. Że nigdy nie otworzy drzwi i nie powie:
- „Basiu, mój ogoniasty, znowu czuwasz? Chodź na obiad…”
Minęły lata. Dom porastała pokrzywa. Okna pokrywał kurz. A pies miał już siwą sierść. Sąsiedzi wymienili płot, niektórzy odeszli, a Bajkał pozostał. Nazywano go „domownikiem”. Ludzie uważali, że ktoś strzeże domu, ponieważ pewnie leżał u bramy. Ktoś zostawiał mu jedzenie, ktoś wołał. On nie odchodził nigdzie. W czasie burzy krył się pod schodami, drżąc cicho, jakby słyszał głos Lidii:
„Nie bój się, maluszku. Jestem blisko…”
Syn Lidi nigdy się nie pojawił. Ani razu. Ani w rocznicę, ani na urodziny, ani w zimnie, ani w upale. Bajkał czekał. Nie tylko za siebie, ale za nią. Wierność nie wybiera logiki. Ona po prostu żyje. Oddycha. Śpi na starej wycieraczce.
Pochowano go pod jabłonką, obok schodów. Tam, gdzie latem lubił drzemać. Gdzie słyszał jej głos. Gdzie jego serce nigdy nie puściło.
Najdziwniejsze jest to, że dwa dni później przyjechał syn.
„Zdałem sobie sprawę…” — powiedział. — „Zobaczyłem starą fotografię. I nagle zrobiło mi się tak pusto… Postanowiłem zajrzeć. Chociażby na chwilę…”
Otworzył furtkę, stanął u wejścia i zrozumiał, że spóźnił się dwa razy.
Bajkał nie miał słów. Tylko oczy. Tylko cisza, pełna oczekiwania. Ale wierność… była silniejsza niż jakiekolwiek obietnice, nawet śmierć nie była w stanie jej przerwać.
Ocena artykułu
Podziel się na Facebooku!
Może Cię również zainteresować:






