Ciepło starych łap…

W starym domu na obrzeżach miasta wieczory były zawsze wyjątkowo ciche. Przez firanki przebijało się miękkie światło latarni, kładło się ciepłymi pasami na dywan, meble i łóżko, na którym, zwinięty w kłębek, leżał pies. Nazywał się Baks. Dawniej wołano go głośno, zapraszano do biegania po podwórku, do zabawy piłką, a on pędził jak strzała. Teraz imię brzmiało inaczej — cicho, prawie szeptem: „Baksik… mój staruszku”.

Baks drzemał, chowając łapy pod pysk, jakby bronił się przed chłodem, choć w pokoju było ciepło. Ten gest był bardziej przyzwyczajeniem, pamięcią ciała. Cicho posapywał, czasem popiskiwał we śnie, jakby znów widział coś ze swojej przeszłości.

„Pamiętam, jak pachniała wiosna. Świeża trawa, wilgotna ziemia, ręce chłopca, które sięgały po mnie. Byłem szczeniakiem, tak niezdarnym, że wpadałem w każdą kałużę, ale on się śmiał, potem brał mnie na ręce i przytulał do piersi. Tam po raz pierwszy poczułem, co znaczy dom — bicie serca obok, zapach mydła i mleka. Od tamtej chwili wiedziałem: gdzie on — tam i ja” — mówił jego wewnętrzny głos, gdy powieki pozostawały zamknięte.

Właściciel siedział obok, patrząc na swojego przyjaciela. Ciężko mu było patrzeć na posiwiały pysk, ciężki oddech, na łapy, które już nie mogły biegać po porannym śniegu.

— Baksik — powiedział, ostrożnie kładąc dłoń na boku psa — jesteś wciąż ze mną, prawda?

Pies lekko poruszył uchem, nie otwierając oczu. Rozumiał.

„Oczywiście. Jestem. Zawsze będę. Moje łapy się męczą, oczy zamykają się częściej niż otwierają, ale moje serce wciąż słyszy twój głos. Czekam na ciebie nawet we śnie”.

Przeszłość wracała falami. Widział siebie młodego: jak biegali razem po polach, jak po raz pierwszy wskoczył do jeziora, jak wracał cały w błocie i wodorostach, a potem, podkulając ogon, znosił gromienie gospodyni i śmiech dziecka. W pamięci wszystko było żywe: zapach świeżego chleba o poranku, skrzypienie furtki, tupot małych nóg.

Teraz wszystko ucichło. Dziecko dorosło, gospodyni często wracała późno, a w domu zostali on i jego pies — dwóch staruszków, człowiek i zwierzę, którzy dzielili samotność na dwoje.

— Wiesz — powiedział właściciel — czasem boję się, że pewnego ranka się obudzę, a ciebie już nie będzie.

Baks poruszył się, położył pysk na łapach i ciężko westchnął.

„Nie bój się. Nie odejdę nagle. Zostanę tak długo, jak będę mógł. Czekałem na ciebie, gdy wracałeś ze szkoły, potem z pracy, czekam i teraz, kiedy wracasz wieczorem. Moje zadanie jest proste — czekać. To wszystko, co mam, ale w tym cała moja istota. I dla mnie to wystarczy”.

Wiatr za oknem poruszył gałęziami, a w pokoju zrobiło się jeszcze ciszej. Zegar na ścianie swoim tykaniem przypominał, że czas płynie, że wszystko żywe się starzeje.

Właściciel wziął starą fotografię: na niej on, jeszcze chłopiec, i Baks — młody, smukły, z błyszczącą sierścią i wielkimi oczami.

— Spójrz, przyjacielu, pamiętasz? Wtedy przebiegliśmy prawie pięć kilometrów, a potem ledwo doniosłem cię na rękach do domu. Udawałeś, że jesteś zmęczony, tylko po to, żeby cię nieść.

Baks lekko drgnął łapą we śnie, a kącik jego pyska poruszył się, jakby się uśmiechał.

„Oczywiście, pamiętam. Lubiłem czuć, jak mnie trzymasz. Byłeś silny, i wiedziałem, że z tobą nic mi nie grozi. Nawet burza, nawet petardy w sylwestra. Nawet obce psy — chowałem się za twoimi plecami i wiedziałem: nie pozwolisz mnie skrzywdzić”.

Właściciel usiadł na podłodze, oparł się plecami o łóżko. Jego palce znalazły starą, szorstką łapę i ścisnęły ją.

— Wiesz, stary, ludzie często odchodzą od tych, którzy stają się słabi. Ale ja cię nikomu nie oddam. Zaczęliśmy razem — razem i skończymy.

„Wiem to. Czuję. Dlatego śpię spokojnie. Nie boję się. Jesteś obok — a więc nawet starość nie jest straszna”.

Baks obrócił się, ułożył wygodniej. Jego oddech stał się spokojniejszy, równy. Jakby słuchał nie tyle słów właściciela, co samej jego obecności.

Minęło trochę czasu. Właściciel, zmęczony myślami, też przysnął. Dwa serca biły obok siebie — ludzkie i psie.

I we śnie Baks widział pole. Znów po nim biegł — nie ciężko i powoli, jak w ostatnich latach, lecz lekko i szybko, jak dawniej. Powietrze było czyste, słońce ciepłe, a przed nim śmiał się chłopiec, wołając go po imieniu.

„Biegnę do ciebie, słyszysz? Nawet jeśli siły opuszczają mnie tutaj, we śnie znów jestem młody. Chcę, żebyś wiedział: jestem szczęśliwy. Moje życie było pełne, bo byłeś obok. Kiedyś odejdę, ale do tego dnia będę czekał na ciebie każdego ranka, każdego wieczoru — przy drzwiach, przy łóżku, przy oknie. Będę czekał, aż moje serce zdecyduje, że czas odpocząć. A nawet wtedy znajdę sposób, by czekać dalej”.

Poranek przyniósł nowy dzień. Baks powoli podniósł głowę, spotkał spojrzenie właściciela i lekko machnął ogonem. Sił było niewiele, ale to wystarczyło.

— Dzień dobry, staruszku — powiedział właściciel z uśmiechem. — Wciąż jesteś tutaj. Dziękuję.

„Zawsze będę tutaj. Dopóki wołasz mnie, dopóki pamiętasz moje imię — zostaję”.

I znów zwinął się w kłębek, położył łapy pod pysk i zamknął oczy. Świat mógł poczekać. Najważniejsze, że obok był ten, dla którego warto było czekać całe życie.

Оцените статью