Biała „Niva” wjechała w zarośla, jakby skróciła czas. Dziewczyna w pomarańczowej kamizelce — miała na imię Ala — wyskoczyła w biegu, przykucnęła i bez paniki zaczęła rozdawać krótkie, jasne polecenia:
— Worek z przynętami — tu. Szalik trzymaj na piersi. Oddech… jest. Drgawki były? — Były. — Dobrze. Szczeniaki do mnie, pod kurtkę. Leon, dzwoń do Igora — „podejrzenie izoniazydu”.
Telefon na głośniku brzmiał jak pompka. Weterynarz Igor mówił szybko i rzeczowo: „Sądząc po zapachu i granulkach — tak. Nie płucz, nie wlewaj. Ogrzej. Ruszam, ale najpierw wskażcie kroplówkę. Ala, podaj według schematu”.
Ala wyjęła zestaw, wbiła wenflon w przednią łapę — krew cofnęła się i popłynęła. Suka odpowiedziała płytkim wdechem. Trzy szczeniaki, ciepłe jak fasolki, tuliły się do jej swetra. „One jeszcze bez imion” — przemknęło mi w głowie i od tego zrobiło się jeszcze ciężej.
— Dziewczynko, słyszysz? — Ala pochyliła się do ucha suki. — To nie koniec. Teraz twoja kolej dostać pomoc.
Facet w moro i chłopak przeszukiwali krzaki — znaleźli jeszcze dwie kiełbasy z granulkami, zawinęli w rękawiczki i włożyli do worka „dla policji”. Starsza pani dzwoniła gdzie mogła: do schroniska, do dzielnicowego, do sąsiadów: „Nie chodźcie tu dzisiaj!”. W osiedlowej grupie na Facebooku posypały się komentarze: „Kto ma blisko? Potrzebne termofory!”, „Jadę z kocami!”, „Mam witaminę B6 — przyda się?” (odpowiedź: „Dzięki, ale w klinice jest, nie ryzykujcie”).
Psa ładowaliśmy na koc jak rannego na polu: ostrożnie, równo, z hasłami „trzymaj głowę”, „raz-dwa-trzy”. Ala usiadła w bagażniku, przygarniając trzy piszczące kulki, i ruszyliśmy do kliniki szybciej niż pozwalały znaki.
Klinika przyjęła nas ostrym światłem i zapachem płynu odkażającego zmieszanym z herbatą w kubkach. Igor czekał już przy drzwiach. „Żywa” — rzucił krótko, patrząc na nasz koc. Na stole czekały kroplówki, monitor, tace ze strzykawkami. Słowa „antidotum”, „kontrola drgawek”, „objawowe leczenie” brzmiały jak muzyka, bo znaczyły jedno: jeszcze mamy szansę.
Szczeniaki trafiły do „dziecięcego” — przezroczystego inkubatora z ciepłym powietrzem. Najsłabszego masowali ręcznikiem, dawali mleko pipetą, pozostałe dwa, jak to bywa z silniejszymi, natychmiast zdecydowały żyć na złość całemu światu: ssały smoczek z zacięciem.
Matkę podłączyli do systemu, dali zastrzyki, obmyli. Z języka spływał gorzki chemiczny posmak, z sierści — błoto i liście. Nie wracała szybko do świadomości — organizm oszczędzał siły albo nie dowierzał, że znowu dostał szansę.
— Jak ją nazwiemy? — spytał Igor, gdy najgorsze minęło.
— Liść — powiedziała cicho starsza pani. — Niech jej lato się nie kończy.
Potem zaczęła się codzienna praca: kroplówki co parę godzin, zmiany termoforów, jedzenie łyżeczką. Liść otwierała oczy i znów odpływała. Pierwsze świadome spojrzenie przyszło nocą, gdy Ala podsunęła kocyk pachnący szczeniakami. Oczy Liścia drgnęły i zatrzymały się: „Jestem”.
Szczeniaki rosły szybko jak ciasto na drożdżach. Nazwaliśmy je prosto: Dąbek, Żołędź i Maluch. Dąbek — najsilniejszy, Żołędź — cichy, Maluch — nasza „nitka”. Dla niego dzwoniliśmy po nocach trzy razy; trzy razy Ala szeptała, tuląc się do inkubatora: „Oddychaj, czekają na ciebie”. Za czwartym razem sam złapał smoczek. Płakaliśmy i klęliśmy jednocześnie.
Miasto w tym czasie organizowało swoje. Facet w moro, okazało się — stróż garaży, zrobił dyżury: wieczorami panowie szli ścieżką, zbierali „kiełbasy” w rękawiczkach i zanosili na komisariat. Szkoła wywiesiła ogłoszenie: „Nie ruszaj podejrzanej kiełbasy — dzwoń do wolontariuszy”. W grupie osiedlowej zebrano po stówce na kamerę. Kamera zawisła po trzech dniach.
Ala, patrząc na monitor z drzemiącym Liściem, szeptała: „Nie położyłaś się tu na darmo. Nauczyłaś nas czuwać”.
Po dwóch tygodniach Liść wstała. Chwiejąc się, podeszła do inkubatora i… usiadła obok. Igor uśmiechnął się: „Zdaje egzamin z macierzyństwa”. Otworzyliśmy klapę; trójka od razu rzuciła się do niej. Dąbek i Żołędź szybko znalazły domy; Malucha zostawiła u siebie Ala — „obiecałam go wychować”. Liścia wzięła pani z siatką, nazywa się Teresa, w domu ma okrągły stół i zawsze garnek rosołu. „Ja sama życie wyciągałam łyżką — powiedziała — teraz zrobię to jak trzeba”.
Odprowadzaliśmy ich tam, gdzie to wszystko się zaczęło. Kamera mrugnęła zielonym oczkiem, na słupie wisiała kartka: „Nie rozrzucaj trutek — patrzymy”. Na ziemi leżały jeszcze mokre od deszczu liście dębu. Liść zatrzymała się, wciągnęła powietrze i spojrzała na nas tak, jak patrzą ci, którzy przeżyli: bez obietnic, po prostu uczciwie: „Dziękuję”.
Teresa poprawiła jej szalik na piersi — śmieszny, pasiasty — i powiedziała bardziej do nas niż do niej:
— Dom to wtedy, gdy liście szeleszczą nie jak prześcieradła, tylko jak dywanik przy drzwiach.
Jeśli znajdziesz w liściach „za późno” — nie wierz pierwszej myśli. Bardzo często wydaje się, że już koniec, dopóki ktoś nie położy dłoni i nie powie: „Oddychaj”. Zadzwoń do tych, którzy potrafią przyjechać szybciej niż argumenty. Weź szalik. Ogrzej. Schowaj przynęty do worka. I pamiętaj: czasem całe osiedle ratuje jedną matkę — tylko dlatego, że jedna matka czołgała się do swoich dzieci.
I może najważniejsze, co warto by powiesić na każdej klatce schodowej:
Życie nie kończy się w zaroślach. Zaczyna się tam, gdzie ktoś w porę podał rękę.







