Oczy, które milczą o bólu

Nie patrzysz w oczy — lecz w duszę,
Ciszą, co serce tnie jak nóż.
Tam, gdzie zdrada jak rana krusze,
Pozostał tylko gorzki kurz.

Chcesz wierzyć, lecz zdrada człowieka
Nie była losem, lecz chłodem rąk.
I każdy ślad, co serce kaleczył,
Został na zawsze — jak cichy znak.

Czekasz, modlisz się — nie słowami,
Lecz tylko spojrzeniem w głąb.
Gdyby ktoś przyszedł tak wcześnie,
Odnaleźć mógłbyś swój dom i kąt.

Siedział w ciszy, ze spuszczoną głową, i wydawało się, że nawet wiatr obchodził go z daleka, jakby bał się dotknąć tej kruchej duszy ukrytej pod sierścią. Białe futro z łatką nad okiem czyniło go wyjątkowym, ale nikt nie próbował naprawdę odczytać tego spojrzenia. Ludzie mijali go obojętnie: jedni odwracali wzrok, inni uśmiechali się smutno, lecz prawie nikt nie zatrzymywał się na tyle, by usłyszeć niewidzialną opowieść o bólu, która tkwiła w każdym jego ruchu.

Nie wiedział, czym jest „dom”. Dla niego było to zawsze coś odległego, nieosiągalnego, jak gwiazda na nocnym niebie. Kiedyś miał człowieka. Ręce, które początkowo dawały ciepło, później stały się chłodne i twarde jak kajdany. Pamiętał krzyki, uderzenia, rozpacz. Ale najbardziej pamiętał moment, gdy po prostu go zostawiono. Wysiadł z samochodu na poboczu drogi, a właściciel nawet nie spojrzał mu w oczy. Drzwi trzasnęły, samochód odjechał, a on został.

— „Wrócisz?” — jakby chciał zapytać, lecz psie gardło nie potrafiło tego wypowiedzieć.
Odpowiedziało mu tylko echo opon ginące w oddali.

Dni zamieniały się w tygodnie. Wędrował, gdzie nogi poniosły: w deszczu, w śniegu, po gorącym asfalcie. Czasem ktoś rzucił kawałek chleba, czasem kamień. Nauczył się nie oczekiwać dobra, lecz i tak za każdym razem podnosił głowę, gdy ktoś się zbliżał, bo nadzieja żyła wbrew wszystkiemu.

W pamięci toczył rozmowy sam ze sobą:
— „Dlaczego ja? Co zrobiłem źle? Przecież byłem wierny, czekałem przy drzwiach, cieszyłem się z każdego twojego kroku… Czy to nie wystarczyło, by zasłużyć na miłość? Czy byłem tylko zabawką?”

Pytał pustkę. Odpowiedzi nie było. Tylko wiatr, tylko noc.

Pewnego dnia zobaczyła go dziewczynka. Miała może dziesięć lat, a w jej oczach było coś zbyt dorosłego — spojrzenie kogoś, kto zna smak samotności. Usiadła obok i wyciągnęła dłoń. Zamarł, nie wierząc. Wewnątrz coś krzyczało: „Nie ufaj! Oni wszyscy są tacy sami!”. A jednak serce, zmęczone samotnością, drgnęło.

— „Jesteś taki piękny… Masz smutne oczy… Nazwę cię Bim, dobrze?” — wyszeptała, jakby bała się spłoszyć cud.

Od tego dnia miał swój promień światła. Dziewczynka przychodziła codziennie, przynosiła chleb, kładła rękę na jego głowie. W tych chwilach wierzył, że świat może być dobry. Ale jej rodzice nie pozwalali go zatrzymać. „Niebezpieczny”, „obcy”, „kto wie, czy zdrowy”. Te słowa były jak ostrza — nie rozumiał ich znaczenia, ale czuł chłód w głosach dorosłych.

Mijał czas. Dziewczynka płakała nocami, błagała rodziców, lecz dorośli byli nieugięci. I w końcu pewnego dnia nie przyszła. Czekał jeden dzień. Drugi. Trzeciego zrozumiał: zabrano ją daleko, do miasta.

Znów został sam.

Położył się wtedy na ziemi i pierwszy raz od dawna pozwolił sobie cicho zapłakać. Jego skowyt nie był głośny, tylko stłumiony, jakby bał się, że świat usłyszy jego słabość i ukarze go za nią.

— „Jestem zmęczony… Już nie mam sił… Jeśli szczęście istnieje, niech przyjdzie choćby we śnie…” — myślał, zamykając oczy.

I przyśnił mu się sen. Biegł po zielonych łąkach, a obok śmiała się dziewczynka. Nikt go nie przepędzał, nikt nie krzyczał. W jej dłoniach było coś, czego szukał całe życie — dom. Nie mury i dach, ale ciepło, którego nie można stracić.

Rano znów obudził się w chłodzie, lecz w sercu wciąż nosił ten obraz. To dawało mu siłę wstać, iść, czekać. Bo nawet złamane serce nadal szuka światła.

Jego życie było pasmem prób, lecz w oczach nigdy nie zgasł płomień. Ktoś, kto spojrzy w nie uważnie, zrozumie: mieszka w nich cały wszechświat bólu i nadziei. Wszechświat, którego nie da się zniszczyć, bo opiera się na najczystszym uczuciu — wierności.

Może kiedyś znów usłyszy kroki, poczuje dotyk dłoni i zrozumie: „Jestem w domu”. A póki co idzie dalej — przez ból i strach, niosąc w sobie tę ostatnią nadzieję, która wciąż oddycha.

Оцените статью