Ona żyje w cieniu rdzawego łańcucha, jak więzień bez wyroku i sądu. Dzień po dniu jej łapy grzęzną w mokrej ziemi, ciało drży z zimna, a dusza — z niekończącego się czekania.
— Przecież nic złego nie zrobiłam, — mówią jej oczy. — Dlaczego moje serce musi bić w żelaznych kajdanach?
Ludzie czasem przechodzą obok. Ktoś rzuci kawałek chleba, ktoś krzyknie coś ostrego. Ale nikt nie podchodzi bliżej, nikt nie zdejmuje ciężkiej obroży. W ich oczach jej życie nie ma wartości.
Nocą leży na zimnej ziemi i myśli: „Gdybym mogła pobiec… choć raz. Poczuć trawę pod łapami, usłyszeć śpiew ptaków, zobaczyć niebo bez tej żelaznej pętli”. W jej wyobraźni rodzi się inny świat — świat, w którym biegnie do człowieka, który się uśmiecha, świat, w którym woła ją po imieniu, w którym jest dom i ciepłe posłanie.
Ale rzeczywistość jest okrutna. Wilgoć zżera kości, szyja zdarta do krwi, każdy ruch przypomina o bólu. Ona nie potrafi mówić słowami, lecz jej oczy mówią głośniej niż krzyk. To oczy, w których jeszcze tli się maleńki płomień.
Ona czeka. Bo nawet najbardziej złamane serca potrafią czekać. Bo gdzieś w głębi duszy wciąż wierzy — wierzy, że jest człowiek, który zobaczy nie brud, nie łańcuch, nie blizny, ale ją. Tę, która potrafi kochać do końca.
I jeśli pewnego dnia ktoś się zatrzyma i zdejmie ten rdzawy łańcuch, w tej chwili wydarzy się cud. Bo uwalniając psa, uwolni także siebie — od obojętności, od zimnej ciemności, od okrucieństwa, którym przepełniony jest ten świat.







