Jego życie od dawna ogranicza się do kilku metrów łańcucha, nagich ścian i kawałka chleba, który staje się rzadką „nagrodą” w walce o przetrwanie. Trzyma go mocno w zębach, jakby wiedział, że może już nie będzie innego. Głód stał się codziennością, a wraz z nim — zmęczenie i ból.
Kiedyś może miał pana, który wołał go po imieniu. Kiedyś jego sierść głaskały dobre dłonie, a oczy świeciły radością. Teraz zamiast imienia jest metal, zamiast wolności — zimna ziemia, zamiast troski — rzucony od niechcenia chleb.
Nie rozumiał, dlaczego świat się zmienił. W jego spojrzeniu trwało jedno pytanie: „Czy nie jestem przyjacielem? Czy nie zasługuję na ciepło?” Ale nikt nie słyszał tych bezgłośnych słów.
Łańcuch więził nie tylko ciało, ale i duszę. Każde szarpnięcie zostawiało ślady, każdy ruch przypominał, że wolność nie jest dla niego. Do bólu można się przyzwyczaić, ale do samotności — nigdy.
W nocy słuchał dźwięków ulicy: kroków, śmiechu, odległego szczekania innych psów. I w jego sercu rodził się obraz: bieganie po trawie, lekki wiatr, człowiek obok, który mówi cicho: „Jesteś moją dziewczynką”. Ten obraz był jego jedyną nadzieją, marzeniem, które pozwalało trwać.
A poranek znów przynosił zimne mury, twardą ziemię i ciężki łańcuch. I pozostawało tylko żuć czerstwy chleb, patrzeć w pustkę i czekać. Czekać na cud, na wybawienie, na kogoś, kto uwierzy, że nawet w tej umęczonej powłoce bije serce gotowe kochać.
On milczał, ale jego oczy mówiły głośniej niż słowa: „Wciąż żyję. Zauważ mnie”.







