Dziadka Arkadiusza wołano po imieniu nawet ci, którzy nigdy z nim nie rozmawiali. Był z tych, których obecność trzyma podwórko w całości: zawsze punktualny, zawsze tą samą drogą, zawsze z torbą chleba. „Jeśli ich nie dokarmiać, pójdą w śmieci” — mawiał i wkładał do kieszeni kilka skórek dla „swoich pasiastych”.
Guzik przyszła do niego tak, jak w życiu przychodzi najlepsze: jakby była od zawsze. Rozpoznawała jego krok z daleka i biegła obok, muskając bokiem jego buta. Arkadiusz szeptał jej ciepłe, trochę głupie słówka, jak szepcze się wnukom, i potrafił pół godziny się nie ruszać, gdy spała mu na kolanie. Gdy go zabrano, słowo „zniknął” rozsypało się na codzienność — bazarek, apteka, kolejka. Tylko kot złożył je z powrotem: przyszedł i usiadł. Dziewiętnaście poranków z rzędu.
Dwudziestego dnia w porcie ktoś powiedział cicho: „Arkadiusza już nie ma”. Zosia zapłakała na zapleczu, Halil zdjął czapkę, a ochroniarz jakoś prościej naciągnął sznury. A nadbrzeże zostało bez świadka. I wtedy miasto zapytało siebie pierwszy raz na głos: „Czy my jesteśmy ludźmi? Czy tylko przechodniami?”. Odpowiedzi nie znaleziono w słowach.
Ilona przyprowadziła wszystkich do jasnego głazu w kamieniołomie. „Jeśli odjąć zbędne, zostanie plecy pochylone ku małemu — powiedziała. — Zróbmy składkę na ten gest”. I tak „zrzutka” — stara polska magia sąsiedzka — stała się kamienną robotą: każdy dorzucił swoją nitkę. Ktoś upiekł drożdżówki, ktoś podwiózł narzędzia, ktoś oddał „słoik od leków”, ktoś po prostu grzał termos z herbatą. Kamień się bronił, dłonie kostniały, ale w stukocie dłuta rodziło się coś, czego nie da się kupić — wspólne „my”.
Kiedy rzeźba stanęła na postumencie, tabliczka powiedziała najważniejsze: „Pomnik tych, którzy czekają. I tych, na których czekano”. Guzik przyszła w dzień odsłonięcia, ułożyła się w swoim miejscu, jak w własnej historii, i rozpoczęła tradycję: co rano ktoś zostawia tu kawałek chleba. Nie dla niej (jest teraz w domu u Ilony), ale dla pamięci o tych, którzy czynią nas ludźmi.
Syn Arkadiusza przysłał list z północy: „Dziękuję, że pamiętacie o moim ojcu. Myślałem, że był sam. Teraz widzę — nie”. Andrzej, taksówkarz, który nocami pisze wiersze, ułożył strofy dla kamienia — czytaliście je wyżej. A dzieci z 4B prowadzą „Dziennik Guzika”: „Dziś kładliśmy kwiaty”, „Dziś przy kamieniu grali na harmonii”, „Dziś morze się burzyło, przynieśliśmy gorącą herbatę”.
Ilona wyjaśniła dzieciom lepiej niż każdy podręcznik: „Twarz wielkiej postaci nie jest potrzebna. Każdy, kto się pochyla, ma tę samą — ludzką”. Te słowa wypisano na drewnianej desce i przybito obok. Teraz czyta się je równie często, jak rozkład jazdy autobusów.
Czasem pod pomnik przychodzą ci, którzy stracili. Przychodzą bez kartek, bez próśb, po prostu postać. Kamień słucha równo, jak morze: przyjmuje wszystko. Jego plecy nagrzewają się w dzień i stygną nocą; starzeje się wraz z miastem, zbierając na tabliczce imiona — „Zosia”, „Halil”, „Lena 4B”, „Andrzej, taksówkarz” — byśmy nie zapomnieli, z jak prostych ludzi składa się cud.
Guzik lubi pojawiać się w złą pogodę. Wiatr huczy, mewy kłócą się, fala bije o kamienie — a ona, trochę przytyła, poważna, wchodzi w swoje miejsce i zamyka oczy, jakby sprawdzała, czy dom jest na miejscu. Ilona się uśmiecha: „Jest”. A Zosia stawia obok gorący kubek herbaty: „Żeby nikogo nie przewiało”.
Jeśli kiedyś tu traficie, zróbcie coś prostego: zatrzymajcie się, połóżcie dłoń na chropowatym cieple i zostawcie kawałek chleba. To nie „o kocie”. To o nas — o zdolności pochylania się. O tym, że „zrzutka” nie musi być tylko biedą, ale sposobem, by nie stracić twarzy. I o krótkim, jak oddech, ale bardzo potrzebnym zdaniu, które kamień powtarza każdemu zmęczonemu:
„Czekać — to wybór. Doczekać się — to światło”.







