— Idź stąd! — krzyknął i odepchnął psa nogą.
Tamten zapiszczał z bólu, ale nie ugryzł, nie zawarczał — tylko odszedł pod płot i położył się, kładąc pysk na łapach.
Mężczyzna zatrzasnął drzwi i mruknął pod nosem: „Przyplątało się jakieś bezdomne nieszczęście… A ja mam własnych problemów po uszy”.
Za oknem siąpił deszcz, w ogrodzie pachniało mokrym drewnem i igliwiem. A pies nie odszedł.
Trzy dni pod rząd przychodził i kładł się przy ganku. Nie szczekał, nie skamlał, nie tknął nawet chleba, który ktoś mu rzucił — tylko patrzył w drzwi.
Sąsiadka Maria szepnęła kiedyś:
— On ma takie oczy… jakby na kogoś czekał.
Ale gospodarz znowu go wygonił, wołając:
— To nie jest schronisko! Idź sobie!
Trzeciego dnia wydarzyło się to.
Było cicho. Niebo zasnute chmurami.
Sześcioletnia córeczka, Zosia, bawiła się na podwórku, a on jak zwykle majstrował w garażu.
Na początku nie zwrócił uwagi na szczekanie.
Ale kiedy pies zawarczał, zawył i rzucił się w stronę drogi — wybiegł.
Chwila. Tylko jedna chwila.
Samochód pędził prosto na dziecko.
I wtedy…
…I wtedy pies skoczył.
Nie na dziewczynkę — przed nią. Prosto na maskę auta.
Kierowca szarpnął kierownicą, ale za późno. Pisk hamulców, zgrzyt opon. Pies runął na asfalt i znieruchomiał.
Zosia stała na poboczu, trzęsła się i płakała, tuląc do siebie pluszowego zajączka.
Ojciec podbiegł pierwszy.
Do córki — była cała. Cała!
Potem — do psa.
Ten oddychał ciężko, łapy drżały. Z pyska kapała krew. Ale z wysiłkiem podniósł oczy i… poruszył ogonem.
— Boże… — wyszeptał tylko mężczyzna. Ręce mu drżały.
On, który przez trzy dni przeganiał tego psa, teraz trzymał jego głowę na kolanach.
— Przebacz mi… Przebacz…
Psa zabrano do weterynarza. Przeżył.
Były złamania, rany, długie leczenie. Ale przeżył.
I został.
Zosia nazwała go Grom.
Od tamtej pory co rano Grom kładł się przy jej łóżku, a ona szeptała mu:
— Dziękuję, że wtedy przyszedłeś. Dziękuję, że nie odszedłeś, choć cię odpychano.
A ojciec teraz zawsze zostawia miskę przy ganku. Nawet gdy Grom śpi w środku, na dywaniku.
Już nie odgania tych, którzy przychodzą po odrobinę ciepła.
Bo zrozumiał jedno:
czasem Bóg puka do twojego domu… w postaci psa.







