Biały pies leży, drży w ciszy,
Jakby świat zostawił go na poboczu drogi.
Bandaże na łapie — jak ślad od losu,
Ciężkie cienie, rozbite sny.
W oczach jego — bezdenny ból,
Milczy, jak anioł, co stracił swą rolę.
I tylko serce w piersi woła:
„Nie odchodź, mój świecie, jeszcze boli…”
Leżał na cienkim kocu, pachnącym szpitalem i cudzą troską, ale nie czuł ani ciepła, ani otuchy. Śnieżnobiała sierść, kiedyś lśniąca jak zimowy śnieg w słońcu, teraz wydawała się matowa i przygaszona. Na łapie — ciężkie opatrunki, na szyi — sztywny plastikowy kołnierz, który zamieniał każdy ruch głowy w torturę. Nie rozumiał, co się z nim stało i dlaczego nagle runął znajomy świat, gdzie były krótkie biegi ulicą, zapach trawy i rzadkie spojrzenia ludzi, którzy czasem jednak dawali mu odrobinę czułości. Teraz pozostał tylko ten sterylny pokój i głucha cisza.
— Wytrzymaj — powiedział ktoś cicho, pochylając się nad nim. — Dasz radę, słyszysz? Dasz radę…
Zamknął oczy, nie odpowiadając. Słów ludzi nie rozumiał do końca, ale czuł ich intonację, ciepło w głosie. A teraz w tym głosie brzmiała rozpacz, straszniejsza niż sam ból.
„Dlaczego ja? Dlaczego tutaj?” — myślał, nie mając siły zadać tego pytania. Jego wewnętrzny głos brzmiał cicho i beznadziejnie, jak szept dziecka w ciemności.
Pamiętał chłód kół samochodu, nagłe uderzenie, ogłuszające i palące. Pamiętał, jak świat przewrócił się do góry nogami, a w uszach zadźwięczało tak głośno, że chciał krzyczeć. Ale zamiast krzyku wyrwał się tylko charkot. Potem — obce ręce, szybki oddech ludzi, zapach krwi i asfaltu, który na zawsze miał pozostać w pamięci.
— Biedny… biedny chłopczyku… — głos kobiety zadrżał. Głaskała go po głowie, ale jej dotyk był ostrożny, jakby był ze szkła.
Chciał wtulić się w nią, schować przed tym obcym światem, ale łapa odpowiedziała ostrym bólem i znowu opadł na posłanie. Wszystko wokół zamgliło się, zlało w szarą masę. Tylko jej oczy pozostały jasne, pełne łez, i patrzył w nie, aż siły całkowicie go opuściły.
„Nie chciałem umierać. Chciałem tylko żyć. Chciałem biegać, cieszyć się, czekać, aż mnie zawołają… Dlaczego zamiast tego znalazłem się tutaj?”
Wiatr za oknem był daleki, ale przypomniał sobie, jak jeszcze niedawno go czuł. Wiatr pachniał wolnością. Teraz powietrze w tym pokoju pachniało bólem, lekarstwami i tęsknotą.
— Zrobimy wszystko — powiedziała kobieta ponownie. Ale jej głos zadrżał, a on wychwycił w nim wahanie.
„A jeśli nie zrobicie? A jeśli nie będę mógł wstać? Co wtedy? Odejdziesz, zostawisz mnie… czy będziesz płakać nad moim ciałem?” — myślał, zamykając oczy.
Słyszał szepty lekarzy, niewyraźne słowa, ale wyłapywał w nich intonacje — zmęczone, bezradne. Jego serce zamierało od tego.
„Nie chcę być zbędny. Nie chcę być ciężarem. Ale przecież jestem tylko psem. Nie wybierałem tego bólu.”
Śnił mu się sen. W śnie znowu biegł po zielonej trawie, jego łapy były silne, oddech swobodny, a gdzieś w oddali rozbrzmiewał radosny śmiech. Odwracał się — i widział tam kobietę. Wołała go, machała ręką, a w jej oczach nie było łez. W tym śnie wszystko było tak, jak powinno być.
Ale obudził się — i znowu znalazł się tutaj, na zimnej podłodze, z zabandażowaną łapą i ciężkim kołnierzem na szyi. Sen okazał się zdradą, boleśniejszą niż jakikolwiek cios.
— Tylko się trzymaj — powiedziała kobieta ponownie. — Błagam cię… trzymaj się.
Spojrzał na nią. Jego oczy były pełne tego, czego nie można było wyrazić słowami. Było w nich pytanie, był w nich ból, było w nich to milczące „dlaczego”, które łamie serce bardziej niż jakiekolwiek słowa.
„Trzymam się. Ale jak długo jeszcze dam radę?” — myślał.
Cisza znów przygniotła ciężarem. Lampa świeciła jasno z góry, oświetlając jego białą sierść i bandaże, jakby podkreślając całą tragedię jego życia. I w tej chwili wydawało się, że jest tylko porzuconą duszą, zawieszoną między życiem a śmiercią.







