Jeśli się poddam — oni znikną. Jeśli zamknę oczy, chłód zabierze…

Przez kurz i kamienie, przez gwar podwórza,
Leży wtulona — psia dusza wzburzona.
Wokół ruiny, rozsypane mury,
A obok — oddechy jej dzieci, tak małych i szczerych.

Nie ma schronienia, miski, ni rąk, ni ciepła,
Tylko serce, co bije i wszystko oddaje.
Okrywa je drżeniem własnego ciała,
By noc nie zabrała im oddechu wcale.

Jej oczy — to przepaść, a w przepaści żar,
Ona nie odejdzie, nie zostawi stad.
I jeśli świat runie — niech runie cały,
Ona stanie się tarczą, dopóki ma siły.

Jej miłość — mocniejsza niż beton i ściany,
Ona — początek i wieczny ich strażnik.

Ciszę podwórza przerywały jedynie rzadkie dźwięki kapiącej wody i odległe uderzenia młotka. Wszystko wokół przypominało cmentarz domów: kamienie, kurz, zardzewiały metal, stare kawałki betonu, wśród których nie było miejsca ani dla życia, ani dla nadziei. A jednak właśnie tutaj, w samym sercu zniszczenia, drżało małe życie — życie matki i jej nowo narodzonych szczeniąt.

Suka, wychudzona, z mokrą sierścią, tuliła do piersi maleńkie ciałka. Jej łapa, poraniona i brudna, przykrywała je jak skrzydło, jak mur, którym oddzielała swoje dzieci od świata. Nie było jedzenia. Nie było wody. Nie było ciepła — oprócz tego, które płynęło z jej własnego ciała.

Każdy oddech przychodził jej z trudem. Wiedziała, że ma coraz mniej sił, ale ustąpić nie mogła.
„Jeśli się poddam — one znikną. Jeśli zamknę oczy, chłód zabierze je pierwsze. Muszę wytrzymać… choćby jeszcze chwilę” — myślała, wtulając pysk w mokrą ziemię.

Szczenięta piszczały, nie znajdując mleka. Czuła ich pragnienie, ich rozpacz, a ból rozdzierał ją mocniej niż głód. Była gotowa oddać im każdą kroplę krwi, każdy oddech, byle tylko żyły.

Czasami drogą obok przechodzili ludzie. Jedni przyspieszali kroku, odwracali się, rzucając szybkie spojrzenie na wycieńczoną matkę. Inni wzdychali i szli dalej. Ale ona nie czekała na łaskę. Świat nauczył ją — nikt nie jest nic winien. Wszystko, co miała, to były jej dzieci.

Dzień zmieniał noc. Chłód spływał z wiatrem, a ona obejmowała maluchy mocniej, aby nie zmarzły. „Śpijcie, moje maleństwa. Jestem przy was. Nie pozwolę wam zniknąć. Nawet jeśli jutro mnie zabraknie, wy musicie oddychać. Musicie zobaczyć słońce”.

W takich chwilach przychodziły do niej wspomnienia. Przypominała sobie, jak kiedyś sama była szczenięciem, jak biegła przez zieloną trawę za matką, jak pierwszy raz usłyszała ludzki śmiech. Wtedy wierzyła, że życie będzie długie i dobre. Ale lata przyniosły jedynie ulice, chłód i głód. Jej dzieciństwo wydawało się snem, zbyt dalekim, by mogło być prawdziwe.

Pewnego poranka usłyszała kroki — nie szybkie, nie obojętne. Były ostrożne, miękkie, jakby ktoś bał się spłoszyć sen. Kobieta zatrzymała się obok. Długo patrzyła. Potem uklękła.

— Boże… maluszki… przecież wy jesteście takie maleńkie — wyszeptała.

Suka uniosła oczy. Było w nich wszystko: strach, zmęczenie i gotowość umrzeć, byle nie oddać dzieci. Kobieta wyciągnęła rękę, ale zatrzymała się — doskonale wiedziała, że zaufanie nie rodzi się w sekundę.

— Cicho, kochana. Nie jestem wrogiem. Chcę pomóc, słyszysz? Nie masz już sił. Ale zabiorę je i zabiorę ciebie. Spróbujemy uratować wszystkich.

Suka nie odwracała wzroku. Oddychała ciężko, lecz w jej oczach pojawiła się iskra wahania — a jeśli to nie kłamstwo? A jeśli tym razem jest inaczej? Delikatnie przyciągnęła łapę, obejmując szczenięta mocniej, i to było jej ostatnie warunki: „Pójdę z tobą. Ale tylko jeśli pójdziemy razem. Całą rodziną”.

Kobieta zrozumiała tę niemą odpowiedź. Zawołała mężczyznę. Razem ostrożnie podnieśli pudełko, w którym leżały szczenięta, a obok — matka, słaba, lecz wciąż żywa.

— Trzymaj się, dziewczynko — powiedział mężczyzna, okrywając ich starym kocem. — Wszystko, co złe, zostaje tutaj. Teraz będzie inna droga.

W samochodzie matka tuliła szczenięta do siebie, drżąc całym ciałem. Nie wierzyła do końca, ale czuła ciepło — nie tylko swoje, ale i ludzkie.

W domu przygotowano dla nich kącik. Ciepłe posłanie, miska z wodą, jedzenie. Szczenięta po raz pierwszy piły mleko do syta, a ich pisk brzmiał jak muzyka. Kobieta siedziała obok i głaskała matkę po głowie:
— Udało ci się niemożliwe. Ocaliłaś je. Teraz twoja kolej żyć.

Suka zamknęła oczy. Po raz pierwszy od wielu miesięcy jej serce biło nie ze strachu, lecz ze spokoju. Wiedziała: przed nią jeszcze walka, choroby, słabość. Ale teraz nie była sama. I jej dzieci będą żyły.

Czasem, już później, gdy podrosły, kobieta dostrzegała, jak matka-bohaterka patrzy w okno. Tam, za szybą, została ta ruina, w której mogli zniknąć. I w tym spojrzeniu było nieme przyrzeczenie: „Już nigdy tam nie wrócę. Teraz mój dom jest tutaj. Teraz moje dzieci mają jutro”.

A to „jutro” było najcenniejsze.

Оцените статью
Jeśli się poddam — oni znikną. Jeśli zamknę oczy, chłód zabierze…
Siedziała w tym samym miejscu, gdzie się rozstaliśmy, i patrzyła w pustkę