Tonę w ziemi, co ścisnęła mój ślad,
Świat wokół milczy, w nim odpowiedzi brak.
Każdy oddech — jak bitwa o łyk ognia,
Lecz nadzieja szepcze: „Doczekasz się mnie”.
Błoto skuło łapy, ściągnęło marzenie,
Proszę u nocy o okruch światła.
Słyszę kroki — i serce ożyje,
To znaczy, że jednak nadejdzie ratunek.
Ręce dotkną, wyciągną z ciemności,
Spłuczą wodą resztki zimy.
Ciepło człowieka silniejsze niż ziemia,
I znów żyję, i wyszliśmy z mgły.
Nauczę się oddychać — bo jesteśmy my.
Czułem, jak ziemia usuwa się spod łap, jak miękki brzeg osypuje się i w jednej chwili znalazłem się w zimnej, lepkiej mazi. Na początku myślałem, że dam radę się wydostać, że to tylko błotnista kałuża, lecz każdy mój szarpnięty ruch wciągał mnie głębiej. Łapy ślizgały się, pazury zsuwały, oddech stawał się rwany. Wokół panowała ciemność — nie nocna, lecz lepka, gliniasta, odbierająca siły. Próbowałem szczekać, lecz zamiast głosu z piersi wydobywał się tylko charkot. I ten charkot tłumiła ziemia.
Nie wiedziałem, ile minęło czasu. Dzień czy noc, a może kilka. Słońce czasem przebijało się z góry, lecz widziałem je tylko jako blade plamy światła, rozmazane przez warstwę błota. Słyszałem, jak gdzieś poza jamą śmiały się dzieci, jak dzwonił metal ogrodzenia, jak śpiewały ptaki, ale wszystkie te dźwięki były obce, jakby z innego świata. Ja pozostawałem tutaj — w pułapce, gdzie każdy ruch przybliżał mnie do śmierci.
Mówiłem sam do siebie, by nie stracić rozumu. „Oddychaj — powtarzałem. — Jeszcze trochę. Jeśli nadejdzie poranek, to znaczy, że żyję. Wytrzymaj”. Czasem szeptałem do ziemi: „Puść mnie. Chcę zobaczyć trawę, chcę znowu biec”. Lecz ziemia nie odpowiadała. Tylko mocniej mnie trzymała, jakby chciała uczynić swoim.
Chłód nocy wgryzał się w kości, w dzień upał zamieniał jamę w kocioł. Śniło mi się, że znów biegnę drogą, że czuję zapach chleba z piekarni, że ktoś głaszcze moją głowę. Budziłem się i rozumiałem: to tylko wspomnienia. Świat o mnie zapomniał.
A jednak serce biło. Biło dla nadziei, której nie umiałem wytłumaczyć.
Gdy siły prawie mnie opuściły, usłyszałem kroki. Najpierw dalekie, potem bliższe. Pomyślałem, że to kolejny sen. Ale potem zabrzmiał głos — żywy, zdumiony i pełen bólu:
— Boże… on jeszcze żyje!
Pochyliła się nade mną kobieta. Poczułem jej oddech i zapach skóry. Płakała, lecz jej ręce były silne i ostrożne.
— Trzymaj się, maluchu — powiedziała. — Nie pozwolę ci zginąć.
Podszedł mężczyzna:
— Ostrożnie. Jeśli pociągnąć gwałtownie, pójdzie głębiej. Trzeba materiału, czegoś szerokiego, żeby podważyć.
— Mam ręczniki — odparła. — Nie zostawimy go tutaj.
Działali razem. Słyszałem ich oddech, liczenie „raz, dwa, trzy”, czułem, jak pod spodem przesuwa się tkanina, jak ręce wyciągają mnie z łap ciemności. Ziemia się opierała, lecz tym razem jej siła była słabsza. I nagle ciężar, który mnie trzymał, puścił. Wysunąłem się na zewnątrz, ciężki, drżący, ale wolny.
Owinęli mnie w koc. Leżałem, niezdolny się poruszyć, lecz pierwszy raz od dawna czułem ciepło. Kobieta trzymała moją głowę i szeptała:
— Jesteś uparty. Udało ci się. Teraz wszystko za tobą.
W samochodzie słyszałem ich głosy. Mężczyzna mówił:
— Ledwo oddycha. Ale jest szansa.
— Szansa to wszystko, czego nam trzeba — odpowiadała ona.
W klinice myto mnie godzinami. Woda stawała się czarna, ręczniki szare. Leżałem, pozwalając im zmywać ze mnie cały ten koszmar. Czasem otwierałem oczy i widziałem jej twarz. Uśmiechała się przez łzy i powtarzała:
— Teraz jesteś z nami. Teraz będzie życie.
Lekarz powiedział suchym głosem:
— Wyczerpanie, hipotermia, płuca pełne wody… Ale to wojownik. Z takim uporem wyjdzie z tego.
Leczono mnie. Kroplówki, leki, ciepłe kąpiele. Uczyłem się znów oddychać, pić, stawiać kroki. Upadałem, ale zawsze były obok ręce, które mnie podnosiły. Nocami śniła mi się jama i wzdrygałem się, lecz kobieta siadała obok, kładła dłoń na mojej piersi i szeptała:
— To tylko sen. Teraz jest trawa, nie błoto. Oddychaj spokojnie.
Każdy dzień przynosił małe zwycięstwa. Po raz pierwszy spróbowałem jedzenia, i nie pachniało zgnilizną. Zrobiłem kilka kroków po podwórku, a ziemia pod łapami była twarda i sucha. Usłyszałem własne szczeknięcie — słabe, chrypliwe, ale prawdziwe. I wtedy zrozumiałem: wróciłem.
Mężczyzna przynosił mi stary szalik i mówił:
— Niech przyzwyczaja się do zapachu domu.
A lekarz, wychodząc, czasem cicho dodawał:
— Dobra robota, chłopcze. Żyj.
Kobieta zaś była zawsze obok. Głaskała moją głowę i mówiła:
— Nie tylko się wydostałeś. Ty zwyciężyłeś.
Teraz często leżę na ganku, wdycham zapach trawy, deszczu, świeżego chleba z sąsiedniego domu. Wspominam jamę, lecz już bez strachu. Nauczyła mnie wierzyć, że nawet w najgęstszej ciemności można doczekać się światła. Trzeba tylko wytrwać i oddychać. Bo pewnego dnia kroki się zbliżają, ręce podnoszą, a cała ziemia, co cię trzymała, puszcza.
I wtedy rozumiesz: życie zaczęło się od nowa.







