Zobaczyłam ją na betonowej posadzce pomieszczenia gospodarczego za supermarketem, tam gdzie zwykle trzyma się mopy, wiadra i worki z rozsypaną kaszą; pachniało chlorem, wilgocią i czymś bardzo zmęczonym. Ciało, przypominające zwęgloną gałązkę, chwiało się nad zieloną miską, w której ktoś wymieszał ryż z ciepłą wodą, żeby chociaż zapachem przypomnieć o jedzeniu. Skóra — cienka, różowa, miejscami szarawa, popękana i pokryta strupami; rzadkie kępki na uszach, jakby ktoś próbował zatrzymać na niej resztki dawnego życia. Żebra rysowały na plecach schody i każdy szczebel dźwięczał przy każdym oddechu. Zatrzymałam się w drzwiach i nawet nie oddychałam, bo w takich chwilach człowiek boi się, że jego powietrze naruszy czyjeś prawo do małego istnienia.
— Nie ruszajcie jej — powiedział dozorca, który pojawił się z bocznego korytarza; w ręce trzymał mop jak żołnierz sztandar. — Chora, zarazi się ktoś — potem znowu będą skargi. Wypędzimy ją.
— Nie ruszajcie — powtórzyłam, ale już do niego. — Wypędzać kogoś, kto ledwo stoi, to nieuczciwe. Dajcie mi minutę.
Wzruszył ramionami, jak ludzie, którzy wiele widzieli, ale mało zapamiętali, i odszedł. Przykucnęłam, spuściłam wzrok — tak, żeby nie górować, żeby moja obecność była jak ściana, za którą można się schować — i nagle słuch zaczął rozplątywać świat: jak łyżka stuknęła o metalową półkę, jak gdzieś pod kroplówką kapała woda, jak pies, przestępując z łapki na łapkę, wciąga zapach jedzenia i strachu. „Jedz, maleńka, proszę, jedz” — wyszeptałam prawie bezgłośnie. Drgnęła, ale miski nie zostawiła, przełknęła raz i drugi, jak ktoś, kto nie wierzy ani sobie, ani szczęściu, ale dopóki mu nie odebrano, zdąży.
Słowa „wezmę ją, jeśli trzeba” urodziły się same i zdziwiłam się, jak łatwo przychodzi decyzja, do której życie przygotowywało mnie tak długo. Owinęłam ją w stare ręczniki z bagażnika, prawie się nie broniła, tylko ciężko opierała czoło o mój łokieć, jakby sprawdzała, czy ta podpora naprawdę trzyma. W drodze do kliniki mówiłam głupstwa, żeby moje milczenie nie brzmiało jak groźba: opowiadałam, jak rano potknęłam się o własne trampki, jak kawa wykipiała z tygielka, jak słońce dziś wygląda jak skórka pomarańczy i gdyby turlało się po asfalcie, na pewno bym je złapała. Ona słuchała jak słucha się telewizora w pustym mieszkaniu: nie rozumiejąc słów, ale trzymając się dźwięku.
Klinika weterynaryjna przywitała nas zapachem leków i cichymi głosami. Lekarka — kobieta z dłońmi, które potrafią trzymać, a nie łamać — w milczeniu przesunęła palcami po jej szyi, spojrzała w oczy, zajrzała do pyska, gdzie zęby stały jak stare, nierówne klawisze pianina. „Silne wychudzenie, demodekoza, zapalenie skóry, odwodnienie, prawdopodobnie anemia, zapalenie uszu, stara kontuzja łapki” — wyliczała, a każde słowo spadało jak kamyk do mojego żołądka. „Proszę mówić szczerze” — poprosiłam. „Szanse są, ale droga będzie długa — odpowiedziała. — I trzeba będzie iść razem przez cały ten czas”. „Już tu jestem” — powiedziałam, i obie skinęłyśmy głową jak ludzie, którzy nie muszą się przekonywać.
Pierwsze noce były niezgrabne jak sen na stołku. Karmiłam ją ze strzykawki płynną mieszanką, rozcieńczałam wodę, zmieniałam prześcieradła częściej niż humor, smarowałam pęknięcia maścią pachnącą gorzkimi ziołami cierpliwości. Oddychała ciężko, czasem znikała w swojej przepaści snu i za każdym razem, gdy się udało, łapałam się na krótkiej modlitwie — nie do nieba, a do samej możliwości życia. „Tylko wytrzymaj, maleńka, jeszcze trochę — szeptałam do ucha — ja nie odejdę”. W odpowiedzi robiła ledwo zauważalny ruch ogonem — jak notatkę w kalendarzu zmęczonego człowieka: „spróbować znowu”.
W dzień uczyłam się słuchać nie lęku, a rytmu: kroplówka — wdech — pauza — łyk — sen. Nocą mówiłam do niej jak do dziecka z gorączką, które trzeba zszyć głosem ze światem na nowo. Kiedy weterynarz przyniósł pierwszą partię leczniczego szamponu i powiedział: „Kąpać często nie wolno, ale potrzebna jest ciepła kąpiel w roztworze, bardzo ostrożnie”, przestraszyłam się — jak podnieść to kruche ciało, by nie zrobić krzywdy? Stała w misce na cienkich łapkach, jak ołówki, i znosiła to z zamkniętymi oczami, a gdy osuszałam ją miękką pieluchą, pierwszy raz sama zbliżyła nos do mnie — nieufnie, na wdechu, ale jednak.
Po tygodniu umiała już jeść z miski bez mojej pomocy. Po dwóch ostrożnie przeszła przez pokój, wybrała kąt, gdzie na podłodze leżała plama słońca jak kot. Po trzech spróbowała szczeknąć — sucho, jakby przypadkiem, sama się przestraszyła swojego dźwięku i schowała w koc. „Nie bój się — powiedziałam. — To twój głos. Należy ci się od urodzenia”. Złapałam się na tym, że się śmieję, a to znaczy, że gdzieś wewnątrz naprawdę pękł lód.
Kiedy na uszach pojawił się pierwszy miękki puszek jak brzoskwinia, rozpłakałam się — cicho, żeby nie spłoszyć cudu. Popatrzyła zdziwiona, jakby w jej głowie pracowała maszynka znaczeń: „płacze, bo źle? czy płacze, bo dobrze?” i po chwili zrobiła maleńki krok w moją stronę i oparła czoło o moje kolano — i zrozumiałam, że wybrała tę drugą odpowiedź. Nazwałam ją Riska — bo obie zaryzykowałyśmy, i dlatego, że w tamtej misce był właśnie ryż sklejony wodą — i imię usiadło na niej jak miękki opatrunek: nie uwiera, nie boli, ogrzewa.
Zaczynałyśmy od nowa te proste rzeczy, które normalne psy uczą się same: jak pić i nie zakrztusić się, jak cieszyć się i nie wstydzić, jak przychodzić na zawołanie i nie spodziewać się ciosu. Ja uczyłam się razem z nią: jak nie przesadzić z litością, żeby nie zamienić miłości w szklany klosz, jak cieszyć się mikroskopijnymi zwycięstwami, nie żądając od życia fajerwerków. Sąsiadka z dołu, surowa kobieta, która zawsze widziała świat jako zestaw zasad, zatrzymała mnie raz przy wejściu: „Po co pani ten szkielet, wybaczy pani? Proszę oszczędzić siebie”. „Właśnie oszczędzam — odpowiedziałam. — Siebie dawną, która by przeszła obojętnie”. Wzruszyła ramionami, ale tydzień później przyniosła stare, wyprane i złożone koc: „Na wszelki wypadek… przyda się”. Obie udawałyśmy, że wcześniejszej rozmowy nie było.
Każdego dnia Riska pokazywała nową zabawną rzecz: jak potrafi rozkładać zabawki po kątach, jak goni za plamką słońca odbitą w lustrze, jak lubi dźwięk radia, zwłaszcza stare piosenki, gdzie jest gitara i męski głos o morzu. Czasem wieczorami łapałam się na tym, że mówię do niej to, czego nigdy nie mówiłam dorosłym: „Jestem z ciebie dumna, jakbyś wymyśliła na nowo chodzenie”, „Obiecuję ci, że już nie będzie rąk, które bolą”, „Tak, wiem, rozumiesz wszystko, nawet gdy milczysz”. W odpowiedzi zamykała oczy i wydychała głęboko, a w tym wydechu było dokładnie tyle świata, ile trzeba, żeby doczekać poranka.
Na wiosnę skóra przestała pękać, sierść nabrała gęstości i barwy, uszy znów stały się uszami, a nie spalonymi płatkami, a weterynarz, który lubił drobne żarty, powiedział: „No, panienko, jest pani prawie brzoskwinią”, — a Riska, jakby rozumiejąc sens, dumnie przeszła przez gabinet, stukając pazurkami o kafelki. Zrobiliśmy badania kontrolne, szczepienia, a lekarz dodał, patrząc na mnie ponad okularami: „Wie pani, że wyciągnęła ją pani nie tylko z choroby, ale i z rąk ludzi?” Skinęłam głową, bo wiedziałam, o co mu chodzi: czasem ranią nie bakterie ani pasożyty, ale ci, którzy mieli być domem.
A jednak finału tej historii nie mogłabym wymyślić wcześniej, nawet z całym zeszytem scenariuszy. Kiedyś, gdy nauczyłam się już kąpać Riskę bez drżenia w kolanach, osuszałam ucho i zauważyłam na wewnętrznej stronie malutki, prawie starty znak — zestaw symboli i cyfr. Zrobiłam zdjęcie i pokazałam lekarzowi. Zmarszczył brwi: „Wygląda na fabryczne oznaczenie, ale dziwna sygnatura. Nie nasz format. Sprawdźmy bazy”. Sprawdziliśmy chip — nie było. Znak nie był czytelny w całości, ale litery i cyfra — WK-7 — sprawiły, że lekarz zadzwonił do znajomego wolontariusza. Rozmowa była krótka, ale widziałam, jak po jego zwykle spokojnej twarzy przechodzi cień nieprzyjemnego rozpoznania.
„Jest duże prawdopodobieństwo — powiedział potem cicho — że pochodzi z tej pseudohodowli na obrzeżach miasta. Tam dawali takie nieoficjalne oznaczenia, żeby odróżniać mioty. Mówi się, że niedawno ją zamknięto, ale dowodów brak. Jeśli to prawda, Riska mogła uciec albo została wyrzucona, gdy zaczęły się choroby. Znam ludzi, którzy próbują to wyjaśnić. Pozwoli mi pani pokazać im zdjęcia i zapisy leczenia?” Poczułam, jak wewnątrz podnosi się dawno zapomniany chłód obrzydzenia — nie do psa, ale do samej idei, że ktoś zrobił z niej towar jednorazowy. „Pokazujcie wszystko — powiedziałam. — Tylko powiedzcie, co trzeba zrobić”.
Potem wszystko potoczyło się szybciej, niż się spodziewałam. Wolontariusze poprosili mnie o zeznanie, weterynarz wystawił dokumenty, pojechaliśmy na te obrzeża, gdzie ponoć trzymano psy. Nie wchodziłam w żadne kłótnie, tylko stałam obok, gdy w szarym garażu otworzyły się żelazne drzwi i wyszedł zapach, od którego aż ścisnęło gardło: mieszanka amoniaku, pleśni i rozpaczy. W środku ciasno i ciemno, klatki w dwóch rzędach, w miskach — stojąca woda, na podłodze — stare gazety i coś, co nie powinno być obok żywych. W jednym z boksów siedział maleńki pies z takimi samymi obdrapanymi uszami jak Riska i patrzył na nas oczami, w których radość budzi się z opóźnieniem, bo najpierw trzeba uwierzyć, że istnieje poranek.
Policja przyjechała później, niż by się chciało, ale przyjechała. Właściciel „biznesu” tłumaczył się niezręcznie: „Nikogo nie krzywdzę, tylko rozmnażam, popyt jest, ludzie chcą, to wszystko łzy pań z internetu”. Wolontariusz odpowiedział spokojnie: „Popyt to nie usprawiedliwienie”, a ja milczałam, siedząc przy klatce i podając palce przez kraty. Pies dotknął ich nosem i pomyślałam, jak dziwnie jest urządzony świat: zawsze są tacy, co zamieniają miłość na procenty, i tacy, co potrafią te procenty unieważnić.
Historia wyszła do miasta: reportaże, kontrole, odebranie zwierząt, dokumenty, kary i długie rozmowy o tym, że prawo wciąż jest dziurawe jak stare prześcieradło. Ja nie umiem walczyć, ale umiem kończyć to, co zaczynam: woziłam leki, szukałam domów tymczasowych, pisałam długie listy do decydentów. Riska była wtedy ze mną prawie wszędzie, cicha, uważna, jakby rozumiała, że teraz trzeba nie tylko żyć, ale oddać dług tym, którzy głosu nie mają. Polubiła się z jedną dziewczynką z sąsiedztwa, która miała jąkanie ze stresu: dziewczynka siedziała na ławce i czytała Risce bajkę na głos, myliła się, czerwieniła, a Riska patrzyła tak spokojnie i pewnie, że słowa same zaczynały się układać. Mama dziewczynki podeszła potem i cicho powiedziała: „Po raz pierwszy doczytała akapit do końca bez zająknięcia. Nie wiem, jak dziękować”. „Nic nie dziękujcie — odpowiedziałam. — Niech one dalej patrzą na siebie”.
Pewnego wieczoru, kiedy wracałyśmy z takiego „czytania”, dogonił mnie ten sam dozorca z pomieszczenia gospodarczego. Nieśmiało poprawiał czapkę i wykrztusił: „Wtedy byłem dla pani ostry… proszę się nie gniewać. Ja tylko… no… taka moja praca — wyganiać. A pani została”. Uśmiechnęłam się, bo w jego nieporadności było więcej ludzkiego niż w setce poprawnych fraz. „Może pan teraz już nie wyganiać — powiedziałam. — Ma pan prawo nic złego nie robić”. Roześmiał się i, oglądając się, wyciągnął z kieszeni zieloną piłeczkę. „Znalazłem w schowku. Pewnie jej się spodoba”. Riska wzięła piłeczkę ostrożnie, jak bierze się w ręce cudze losy, a potem nagle podskoczyła i pobiegła po podwórku, a dozorca musiał wycierać oczy rękawem, choć wcale nie wiało.







