Widziałem psa, któremu skradziono słowo,
czarna taśma — jak noc bez żadnej gwiazdy;
wargi związane, oddech nierówny i słaby,
a w oczach pytanie: „dlaczego, tak znienacka?”
Ciepła, słona kropla po sierści,
jak jedyny język, który mu został;
jeśli świat nie zna się na honorze,
niech chociaż deszcz spróbuje zrozumieć.
„Wierzyłem przecież — szepcze spojrzenie bez dźwięku —
że dłoń to nie ból, a dom;
że wierność to nie bat, nie kara,
a cichy koc i herbata przeplatana snem”.
Ktoś związał mi pysk, by było ciszej,
żebym nie wołał tego, kto odszedł;
ale nawet tak — czy nie usłyszysz?
Serce słyszy przez każdą przeszkodę.
Jeśli możesz — podejdź bez strachu,
daj mi imię, zabierz ciemność;
a kiedy błoto z taśmy zniknie,
wrócimy razem do prostego „czekam”.
Nie szukałem tego spotkania. Wieczór był zwyczajny, miasto ciągnęło się kałużami, a ja chciałem tylko odebrać paczkę i zdążyć na ostatni tramwaj do domu. Przy zakręcie, obok warsztatu samochodowego, usłyszałem dźwięk, który wziąłem początkowo za skrzypienie łańcucha: przytłumiony, rwany oddech, jakby ktoś spod grubego koca próbował zawołać o pomoc. Odwróciłem się — i zobaczyłem go. Brązowy pies siedział skulony, z pyskiem wtulonym w łopatkę, a coś czarnego, zaciśniętego do granic, oplatało mu mordę. Oddychał przez pysk, bo inaczej się nie dało, a z oczu leciały łzy — prawdziwe, nie metafory. Nie warczał, nie szczekał, nie prosił — po prostu trwał, żyjąc resztką sił. A w tym „trwał” było tyle cichej prośby, że poczułem wstyd za wszystkie razy, kiedy udawałem, że nie widzę.
Przykucnąłem, starając się, by mój głos był spokojniejszy niż wiatr.
— Widzę cię. Jestem tu.
Drgnął — nie ze złości, a z odruchu, by schować ból, lecz nie było gdzie. Czarna izolacyjna taśma oplatała pysk kilkoma warstwami, wrzynając się w skórę, a każda próba otwarcia paszczy kończyła się niemym krzykiem. Drżącymi palcami wybrałem numer wolontariatu. Kobiecy, spokojny głos w słuchawce poradził:
— Nie zdejmuj sam, jeśli taśma wrżnęła się w skórę. Przywieź do kliniki, będziemy czekać. I… dziękuję, że się zatrzymałeś.
Kiedy szukałem taksówki, podszedł mężczyzna w kamizelce.
— Nie dotykaj, gryzie. Pewnie za coś mu to zrobili.
— Za co? Za to, że żył? — odpowiedziałem, starając się mówić spokojnie.
Pies patrzył na mnie bez wyrzutu. Zdjąłem szalik, otuliłem mu szyję, by zatrzymać ciepło.
— Jeszcze chwilę, zaraz jedziemy. Nie jesteś wrogiem. Nie jesteś rzeczą.
Taksówkarz nie zadawał pytań.
— Połóż coś na siedzeniu. Reszta to już nasza sprawa.
W klinice czekała już lekarka — szczupła, skupiona.
— Trzymali go tak co najmniej kilka godzin. Obrzęk jest spory, potrzebna sedacja.
Podczas przygotowań mówiłem do niego cicho, jakby opowiadał bajkę przed snem:
— W moim domu jest koc, pachnący proszkiem i słońcem. Nie zawsze jem śniadanie, ale zawsze mam czas nalać wody. Dziś będziesz miał imię. Oddamy głos temu, komu go zabrano.
Pod taśmą skóra była poraniona i wilgotna. Lekarka oczyściła rany, nałożyła maść i delikatny opatrunek.
— Będzie żył. Ale ślady zostaną.
— Mogę z nim posiedzieć?
— Musisz. Musi nauczyć się, że człowiek to nie tylko ból.
Siedzieliśmy do nocy. A kiedy zrozumiał, że taśmy już nie ma, dotknął nosem mojego rękawa.
— Jak go nazwiemy? — spytała pielęgniarka.
— Głos. Bo odzyskał głos.
Nazajutrz pił wodę powoli, jakby każdy łyk był walką o życie. Pierwszy kęs miękkiego jedzenia skomentował cichym „mm”, jak dziecko próbujące dżemu. Śmiałem się i przepraszałem naraz, a on patrzył, jakby wybaczył mi jeszcze zanim się pomyliłem.
Dni płynęły między kolejnymi dawkami leków. W nocy czasem budził się i patrzył gdzieś daleko, do miejsca, gdzie pamięć chciała znowu założyć taśmę. Wtedy mówiłem:
— To było. Teraz jest ciepło. Oddychaj.
Trzeciego tygodnia wyszliśmy na mały dziedziniec. Wiatr pachniał mokrą ziemią i wolnością, która na początku jest trochę straszna. Zrobił krok, potem drugi. Słońce dotknęło jego pyska, a blizny wyglądały już nie jak zapowiedź bólu, ale jak kotwica pamięci.
— Chodź, mamy listę rzeczy do zrobienia. Musimy żyć.
Pierwsze szczeknięcia były chrapliwe, niepewne, ale z czasem wrócił mu prawdziwy głos. Wziąłem go do siebie „tymczasowo” — i został na zawsze. Pierwszej nocy zasnął obok mojego fotela, jakby już wiedział, że to jego miejsce.
Teraz, gdy ktoś pyta o bliznę, odpowiadam:
— Wykaraskaliśmy się.
Były trudniejsze dni. Pewnego razu, gdy ktoś zerwał taśmę z pudła, zatrząsł się cały. Uklęknąłem obok:
— To tylko karton. My decydujemy, gdzie jest cisza, a gdzie głos.
Z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej sobą — czułym, zabawnym, uważnym. Nauczył się słowa „do domu” i cieszył się nim jak własnym imieniem. Czy wybaczył? Nie wiem. Ale żyje dalej, a czasem to jest właśnie przebaczenie.
Dziś Głos śpi na dywaniku, lekko pochrapuje. Myślę o tym, jak proste jest czasem cud: telefon, taksówka, nożyczki, ciepła woda, kilka szczerych rąk i jedna prawdziwa łza na psim policzku. Jeśli kiedyś spotkacie spojrzenie bez dźwięku — nie bójcie się ciszy. Ona mówi: „Pomóż usłyszeć”.
— Hej, Głos — mówię, kiedy budzi się i wita mnie porannym „hau”. — Przypomnijmy światu, że taśma jest od paczek.
Merda ogonem, jakby dodawał: „A słowa są po to, by kochać”.







