…przepaść zmęczenia z maleńką iskrą nadziei…

Siedział w cieniu obdrapanej ściany, tak przytulony do ziemi, jakby chciał stopić się z zimną gliną i zniknąć razem z nią. Zardzewiały łańcuch brzęczał przy każdej próbie zmiany pozycji — nie tyle boleśnie, co upokarzająco, jakby każdy oddech wymagał cudzego pozwolenia. Futro w niektórych miejscach przeszło w suche, łuszczące się placki, na szyi pasek gołej skóry, jak przypalony pamięcią. Oczy — przepaść zmęczenia z maleńką iskrą nadziei, która nie śmiała zapłonąć mocniej.
Zatrzymałem się obok i usłyszałem własny chrapliwy szept: „Proszę, tylko nie odwracaj wzroku. Spójrz na mnie. Nie przyszedłem karać, przyszedłem, żeby to się skończyło”.
Podniósł wzrok na sekundę, po czym znów opuścił pysk na łapy — jak ktoś, kogo zbyt często uczono: „nie wolno”.

Z furtki wyszła sąsiadka w kraciastej podomce i rzuciła krótko: „Wszystkim już się znudził. Szczeka po nocach. Właściciel trzyma, żeby był porządek”.
Słowo porządek zabrzmiało tak samo rdzawo jak łańcuch.
Spytałem: „Jak długo on tu jest?”
„Kto by pamiętał… Jesienią już siedział. Karmią jak popadnie. Miska pusta, proszę spojrzeć”.
Kiwnąłem głową i przykucnąłem.
„Cześć, przyjacielu” — powiedziałem już do niego. — „Nie będę do ciebie sięgał. Po prostu posiedzę obok. Chcesz się napić?”
Delikatne poruszenie nosem i niepewny, ledwo widoczny oddech były odpowiedzią.

Wyjąłem z samochodu butelkę wody i plastikową miskę, nalałem, postawiłem w zasięgu łańcucha i odsunąłem się. Pił powoli, jakby bał się, że za łapczywość spotka go kara — łapczywie i ostrożnie jednocześnie. Zakaszlał, znów pił, a każdy łyk czułem we własnej piersi.

Z domu wyszedł właściciel — mężczyzna w pogniecionej koszulce, ze spojrzeniem kogoś, dla kogo brzęk łańcucha jest częścią krajobrazu, jak szum drogi.
„Czego pan chce?” — zapytał bez złości, ale i bez zainteresowania.
„Pies pański?”
„Mój. A co?”
„On cierpi. I nie jest panu potrzebny. Oddajcie go”.
Wzruszył ramionami: „Bierzcie. Tylko łańcuch zostaje”.
„Zostawcie sobie łańcuch — będzie wam bardziej potrzebny niż jemu” — powiedziałem spokojnie, choć sam się zdziwiłem, jak równo to zabrzmiało.
Uśmiechnął się krzywo: „No to bierz. Tylko teraz nie mam czasu”.

Słowo bierz brzmiało jak otwarcie wewnętrznych drzwi, ale łańcuch wciąż trzymał go za gardło.
Podszedłem powoli, żeby widział każdy mój krok.
„Mogę?” — spytałem, choć wiedziałem, że nie odpowie słowem. Nie poruszył się.
Nachyliłem się do karabińczyka, palce drżały od złości, ale zmusiłem je do łagodności.
Klik — i ogniwo spadło na ziemię, zostawiając na szyi czerwony ślad, jak linia z przeszłości w teraźniejszość.
On nie uwierzył; jakby nie poczuł wolności, dopóki łańcuch leżał obok.
„Chodź” — powiedziałem i zrobiłem krok w stronę furtki.
Został siedzieć.
„Nie będę ciągnął” — powiedziałem ciszej, sam do siebie. — „Wolność to wtedy, gdy idziesz sam”.
Usiadłem na ziemi, wysypałem na dłoń trochę karmy.
Powąchał powietrze, zrobił krok, drugi, trzeci — i w końcu wyszedł za próg, ostrożnie, jakby nad progiem wisiały niewidzialne pręty.

Droga do kliniki była krótka, ale jechałem powoli. Siedział na tylnym siedzeniu, nie patrząc w okno, jakby to wszystko było chwilowe: zaraz wróci tam, gdzie wiatr huczy, a żal szczeka.
Mówiłem na głos, żeby głos wypełnił samochód tak samo dobrze jak ciepłe powietrze:
„Będziesz się nazywał Grey, dobrze? I nie dlatego, że jesteś szary, tylko dlatego, że twój wzrok jest na granicy — między ciemnością a światłem. Grey to o przejściach. My właśnie w takim jesteśmy”.
Nie odpowiedział, ale przestał drżeć.

Оцените статью
…przepaść zmęczenia z maleńką iskrą nadziei…
Die bewegende Geschichte von Baikal: Treue über denTod hinaus